Gra w numerki
– Gdzie jedziesz? Podwieziesz mnie do bidy? – usłyszałem głos za plecami, gdy podchodziłem do samochodu zaparkowanego przed biurem. Odwróciłem się i zobaczyłem dawno nie widzianego kolegę. – Pewnie, wsiadaj – odpowiedziałem. I nie musiałem pytać – co u ciebie, bo cel naszej wspólnej teraz podróży był dla mnie najzupełniej jasny i klarowny oraz zdradzał wszystko, co też nowego wydarzyło się u mojego przyjaciela. Już w samochodzie dowiedziałem się, że wybiera się do urzędu celem zarejestrowania się jako bezrobotny. Postanowiłem mu towarzyszyć i w ten sposób znalazłem się o poranku w powiatowym urzędzie pracy. Już u drzwi tej instytucji powitał nas nieprzebrany tłum petentów. Istne mrowie ludzkie kłębiło się na korytarzach i na schodach. Przedzieraliśmy się dzielnie przez to ludzkie zgromadzenie aż do pokoju, gdzie zgodnie z wiedzą mojego kolegi i przewodnika po zakamarkach urzędu, znajdował się pokój gdzie dokonywano rejestracji bezrobotnych. Podczas tej przeprawy przez ludzkie morze nagle przypomniał mi się przeczytany kilka miesięcy temu artykuł w jednej z lokalnych gazet. – Obecnie w naszym mieście stopa bezrobocia wynosi ponad dwadzieścia dwa procent – przeczytałem wtedy w dzienniku a teraz już byłem pewien, że całe te dwadzieścia kilka procent razem z nami znajduje się w tym powiatowym urzędzie pracy.
Po chwili – dla mnie trwającej prawie wieczność – i po nadludzkim wysiłku przedzierania się przez tłum dotarliśmy do przedsionka pokoju, w którym mój przyjaciel miał dokonać swej rejestracji w systemie i w ten sposób osiągnąć status bezrobotnego. Pomieszczenie wyglądało jak poczekalnia na małym lotnisku. Rzędy plastikowych krzesełek. Wszystkie skierowane w stronę drzwi, nad którymi wisiała tablica świetlna. – Musimy mieć numerek – poinformował mnie znajomy. Dopiero teraz dostrzegłem terminal stojący niczym mały pomnik przed rzędem krzeseł. Zbliżyliśmy się do urządzenia i przeczytaliśmy wyświetlający się na nim napis: brak numerków! – No i po sprawie! Możemy wracać – skwitował smutno mój kolega. Dowiedziałem się, że to nie jest jego pierwszy raz w takiej sytuacji. On tak już od czterech dni i nigdy nie ma szczęścia w tej wirtualnej kolejce. Zawsze wyświetlacz urządzenia do wydawania numerków wita go smutną wiadomością: brak numerków. A jak wiadomo ci, co nie posiadają tych mitycznych numerków nie mogą się zarejestrować. Z rozmów z ludźmi oczekującymi w poczekalni dowiedzieliśmy się, że numerków to już nie ma od dawna. Zdziwiłem się, bo było dopiero przed godziną dziewiąta rano a urząd czynny jest od siódmej trzydzieści. Różna też była wiedza naszych współtowarzyszy oczekiwania na temat liczby wydanych przez automat numerków. Jedni – ci wśród petentów byli w większości – mówili, że jest ich tylko trzydzieści. Ale byli i tacy, którzy uważali, że jest ich ponad dwieście. Tak czy inaczej mitycznych numerków nie było. A wiedza o tym jak je zdobyć była właśnie porównywalna do greckich mitów. Ktoś podobno widział je z samego rana. Jakiś pan, starszy wiekiem mówił, że on ma, ale przed zamkniętym urzędem pojawił się tuż po szóstej rano. Jakaś pani twierdziła, że numerki były… ale rano. Czyli ogólnie nikt nic nie wie.
Gdy chcesz się czegoś dowiedzieć to idziesz do informacji. I my też w swojej naiwności udaliśmy się do odpowiedniego pokoju, gdzie jak głosił napis na drzwiach udzielali informacji właśnie. W pokoju siedziała na fotelu za biurkiem urzędniczka trzymająca w jednej ręce kanapkę, a w drugiej kubek z herbatą. Ale jedyne, czego od niej się można było dowiedzieć to, to, że trzeba wrócić do pokoju, do którego wchodzi się właśnie z numerkami i tam zapytać. Wróciliśmy i nawet udało nam się wejść do tego pokoju. Co nie było łatwe, bo tłum chciał nas zlinczować za sam pomysł wejścia tam bez kolejki. Nie inaczej naród potraktował pewnego pana z dzieckiem na ręku. – Chuj mnie to obchodzi, że przyszedłeś z dzieckiem. Tu się z dzieckiem nie przychodzi! – powiedziała pani z kolejki. Była to starsza pani, zapewne prywatnie, kochająca babcia swoich wnucząt. Gdy się już kolega po wielu trudach dostał do pokoju w celu zaczerpnięcia ze źródła informacji dowiedział się, że wydano ponad dwieście numerków a obsługiwany jest trzydziesty któryś. – Niech sobie pan sam przekalkuluje czy opłaca się panu czekać – powiedziała urzędniczka. Nie czekaliśmy. Mój kolega przyjdzie tam znów jutro. Wieczorem naszła mnie taka refleksja. Czy nie dałoby się wzorem pewnego posła – który znalazł rozwiązanie jak nie wstępując do partii prawych i sprawiedliwych być w tej partii jednocześnie – zastosować podobne rozwiązanie wobec mojego państwa, które w taki sposób, jaki wiedziałem dziś rano traktuje swych najbardziej potrzebujących pomocy obywateli? Socius et amicus populi Romani. Ta zaczerpnięta z rzymskiego prawa maksyma brzmiałaby mniej więcej tak: sprzymierzeniec i przyjaciel państwa polskiego. I tyle. Bo jakoś tak coraz bardziej o tym państwie nie mogę powiedzieć: moje.
