Nie ma demokracji bez pieniędzy

Obublikował pavvel dnia

Pewna pani za pośrednictwem telewizora, który jak wszyscy wiemy jest dla większości z nas oknem na świat, wmawiała mi oraz innym widzom, że finansowanie partii politycznych z budżetu jest jak najbardziej słuszne i konieczne. Wspominała urocza pani – siedząc w telewizyjnym studiu w pięknej i drogiej garsonce – że taki sposób wydawania pieniędzy z podatków jest jak najbardziej właściwy, bo stymuluje naszą młodą i jeszcze niepewną swego demokrację. Może nie do końca dokładnie zacytowałem panine słowa, ale ogólnie rzecz ujmując właśnie o to jej chyba chodziło. Pieniądze muszą być, bo jak ich nie będzie to od razu nasza demokracja stoczy się w korupcję i nieczyste układy z biznesem. Nie najlepiej to świadczy o naszych politykach, którzy, gdy tylko zabrakłoby dla nich dotacji, nie znaleźliby innego wyjścia jak tylko sięgając po kasę z mętnych układów. – Alternatywą dla finansowania partii z budżetu jest szara strefa. To niejasne powiązania między biznesem i politykami. Biznesmeni nie są altruistami. Jeżeli fundują kampanię polityczną to oczekują czegoś w zamian – wyjaśniał niedawno jeden z prominentnych działaczy partii prawych i sprawiedliwych. Takie spojrzenie na tę sprawę potwierdza tylko moje przepuszczenie, że bez pieniędzy nie da się wygrać wyborów. Że demokracja w naszym państwowym wydaniu jest zależna od pieniędzy. Bo kasa zapewnia dostęp do reklamy, a bez reklamy nie da się przekonać wyborców do swoich racji. Wygląda na to, że jeśli przestaniemy pompować forsę w partie polityczne to uschną nam one, jako te roślinki bez wody.  Czyli bez brzęczącej monety, która wpada regularnie do kieszeni partyjnej nie da się działać dla dobra ojczyzny i narodu. Tak wiem, sejm po burzliwej walce, godnej lepszej sprawy, przyjął ograniczenia w finansowaniu partii politycznych. Ale czy coś to zmieniło? To tylko potwierdza moje przekonanie, że tak wielkie subwencje nie były do niczego potrzebne. Bo jeśli można teraz taniej to pewnie można też bez dotacji.

 

Jeśli dotujemy partyjnych działaczy to może w ramach wspierania struktur demokracji będziemy dotować także i wyborców. Któż – jak nie taki pojedynczy głosujący obywatel – jest godny największej ochrony przez państwo, swoistego hodowania, dmuchania i chuchania, pielęgnowania oraz obfitego podlewania pieniędzmi z budżetu. Przecież nikt nie ma wątpliwości, że bez wyborców nie będzie żadnej demokracji. Nawet bardziej nie będzie…niż bez partii politycznych dotowanych teraz z pięćdziesięcioprocentowym rabatem. Bez nich sobie jakoś poradzimy. Ale bez tych, co chodzą na wybory i tam głosują nie bardzo wyobrażam sobie istnienie ustroju demokratycznego. A o głosujących nikt nie dba. I to prawdziwy skandaliczny skandal, – że posłużę się słowami klasyka. Jeśli w Polsce głosuje mniej niż połowa uprawnionych do tej czynności to widać, że właśnie wyborca jest najbardziej zagrożoną wyginięciem grupą w państwowej demokracji. Może to wspomaganie subwencjami partii politycznych to źle wydatkowane pieniądze? Może powinniśmy wspierać tych, którzy wybierają się na głosowania? Taka jednorazowa dotacja za oddany głos byłoby najlepszym rozwiązaniem. Jakże podniosłaby się frekwencja przy urnach! Jeśli można z budżetu dać pieniądze partiom politycznym, to zdecydowanie lepiej płacić poszczególnym wyborcom za ich patriotyczny przywilej i obowiązek. A jak uniknąć alternatywy dla finansowania partii z budżetu, jakim szara strefa? Może każdy obywatel dobrowolnie przekazywałby jeden procent ze swych należnych państwu podatków na dowolną organizację lub partie polityczną? Że za radykalnie? Możliwe. Faktycznie, też mam obawy, że w takim swobodnym i demokratycznym wyborze, – komu przekazać datacje – Polacy wykazaliby się ogromnym skąpstwem i nie przekazywali nic nikomu.