Partyjni znajomi i przyjaciele królika
– Zapisałam się do Pis-u – oznajmiła mi koleżanka zaraz po zwyczajowym „dzień dobry”. Gdy minął u mnie pierwszy szok wywołany tym nader nieoczekiwanym wyznaniem, postanowiłem dociec powodów, jakie nią kierowały. Byłem wielce zdziwiony jej decyzją, bo nie przepuszczałem nawet, że moja znajoma posiada jakiekolwiek poglądy polityczne. A tu proszę, nie dość, że je posiadała to jeszcze zapałała uwielbieniem do tych, co to na naszej scenie politycznej uchodzą za prawych i sprawiedliwych. To zdecydowanie była wielka niespodzianka, bo do tej pory w czasie naszych wspólnych spotkań towarzyskich przyjaciółka przeważnie nie uczestniczyła w sporach światopoglądowych. A wręcz przeciwnie, była tą, która zawsze głośno domagała się zakończenia dyskusji na takie tematy. – Dziewczyno! Co skłoniło Cię to takich zaskakujących kroków – zapytałem szczerze zdumiony jej nagłym odkryciem w sobie duszy prawicowca? – Czy po wysłuchaniu ostatniej mowy prezesa do narodu tak Cię naszło na partyjne członkostwo? – Spytałem. – Wiesz jak jest, jak nie masz znajomości, to nie dostaniesz dobrej pracy – usłyszałem w odpowiedzi. – I ja się właśnie zapisałam do Pis-u, by te znajomości mieć – dodała. Dowiedziałem się, w wyniku jej wyjaśnień, że moje przyjaciółki ustaliły na niedawnym spotkaniu ich kółka wzajemnej adoracji, że najszybsza droga kariery wiedzie właśnie przez znajomości partyjne. Aby jednak zachować równowagę, czy parytety, jak kto woli, część z nich postanowiła zapisać się do platformy a część do prawych i sprawiedliwych. Aby w ten sposób jak najbardziej zbliżyć się do tych trzymających władzę i zachować równowagę. Pogratulowałem serdecznie koleżance wyboru i życzyłem szybkiej kariery tak dla niej jak i dla naszych wspólnych znajomych. Pożegnawszy przyjaciółkę, już w samotnej drodze do biura zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem. I wyszło mi, że to nie jest wcale takie głupie rozwiązanie. W ten sposób zyskają znajomości u tych rządzących obecnie jak i u opozycji. Jaki by nie był wynik wyborów one zawsze kogoś z polityków będą znały. I nie ma, co się dziwić ich wyrachowaniu. Przecież wszystkie dostały dobry przykład ze szczytów władzy. A i też lokalnie znalazłoby się kilka przykładów na zdobycie pracy przez znajomości. Niepotrzebnie się dziwię ich koniunkturalizmowi. Przecież na tym to w końcu polega. Ja znam Staśka, Stasiek zna Heńka, oni znają Władka a wszyscy znają Monikę. A i po linii partyjnej też Monika jest znana i popierana przez Jadwigę, która przecież należy do tej samej partii, co Stanisław, Henryk i Władysław. Czyli wszyscy się znamy… więc dlaczego nie znaleźć pracy dla Moniki w urzędzie jeśli jest w potrzebie. I tak tworzy się grupa trzymających prawdziwą władzę i rozdzielających posady. A inspiracja? Proste. Moje koleżanki też przecież oglądały konferencję prasową działaczy SLD, podczas której ogłoszono listę z nazwiskami osób należących – jak określa to Sojusz – do spółdzielni Grabarczyka. Czyli takich, którzy znaleźli pracę dzięki znajomości z ministrem infrastruktury. – Bo znam i ufam – jak ostatnio słyszałem. Dlatego nie ma, co się dziwić, że one tak lgną do tych partyjnych znajomości. Bo jak się już zapiszą to zdobędą zaufanie a potem godną posadę na urzędach. Po znajomości oczywiście.
