Od rocznicy do rocznicy
Mam wrażenie, że w Polsce odmierzamy upływający czas kolejnymi rocznicami. A już w tym miesiącu mamy ich prawdziwą kumulację. Można by powiedzieć, że kwiecień jest miesiącem rozpamiętywania wielkich narodowych tragedii i zagadki śmierci tak ogólnie. Czy tak już będzie, co roku? Chyba nie, bo wielki pęd do rozpamiętywania narodowych tragedii jest w części naszego społeczeństwa tak silny, że ujawnia się, co miesiąc, a nie raz w roku. Ja rozumiem, że o zmarłych należy pamiętać, a już o tych, którzy odeszli z naszego świata w sposób tragiczny i nagły, warto pamiętać w szczególności. Ale czym innym dla mnie jest zachowanie kogoś w pamięci, a czymś zupełnie innym jest nachalne nakłanianie mnie do obchodzenia kolejnych rocznic i miesięcznic. Każdy z nas jest inny i nie można zakładać, że wszyscy jak monolit na jeden dzień w roku pochylimy się nad nawet tą największą tragedią. Nikomu nie odmawiam prawa do przeżywania rocznic, ale też nie chcę, aby ktoś mi wmawiał, że powinienem robić to, czego nie chcę lub nie umiem. A jeśli nawet nie nakazywał to nie życzę sobie nawet aluzji do tego, że jak nie pojawiam się z pochodnią przed pałacem w odpowiednim dniu miesiąca to nie jestem prawdziwym Polakiem. Że nikt o mnie czegoś takiego nie powie, gdy nie będę chciał obchodzić kolejnej rocznicy tragedii? Ależ powie. Już powiedział, a raczej napisał: – Wartości – oto, czego brakuje, a ludzie są ich spragnieni, o czym świadczy ich stała obecność na Krakowskim Przedmieściu. Gromadzą się tam ludzie z krwi i kości, a nie postaci dziurawe w środku, jak z rzeźb Archipenki – niby ludzie, a w środku wydrążeni, pozostaje pustka. Tacy ludzie, bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu, złożeni tylko z żołądka i z mięśni… – przeczytałem w felietonie prezesa partii prawych i sprawiedliwych zamieszczonym w tygodniku Polityka. I tak stałem się człowiekiem pozbawianym „krwi i kości”, wydmuszką prawie, dziurawym w środku, „bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu”, złożonym „ tylko z żołądka i z mięśni”. A winą moją stało się niestawienie się w kolejne miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu. Winny jestem, bo czuję i myślę inaczej niż prezes. Nikt nie ma prawa negować mojego patriotyzmu lub nazywać postaci dziurawym w środku, gdy nie chcę uczestniczyć w uroczystościach, które nie są moim zdaniem dniami pamięci, ale dniami manifestacji politycznych. Nie jesteśmy jednością, choć jesteśmy jednym Narodem. Wolę o sobie myśleć w kategoriach jednostki, a nie masy ludzkiej. A mam wrażenie, że wielu polityków, i nie tylko tych prawych i sprawiedliwych, zwraca się do mnie jakby mówiło do tłumu. Jestem dla nich kartą do głosowania, nie człowiekiem. I gdy pozwolę sobie na herezje własnych poglądów jestem przez nich napiętnowany, na przykład, brakiem odpowiednio poprawnej patriotycznej postawy. Mam być za lub przeciw, ale jakoś tak nikt z polityków nie chce przyjąć do wiadomości, że mogę nie chcieć nikogo popierać i nie chcę być przeciw nikomu. Chcę tylko być i stać z boku. Mieć własne zdanie. I tak jest z rocznicami. Nie chcę żeby ktoś mnie przymuszał, nawet, jeśli nie jest to zbyt nachalne, to nie chcę też czuć się winny, że rocznic nie obchodzę. Kiedy w końcu różnej maści naprawiacze naszej rzeczywistości pojmą prostą prawdę, że nikomu nic nie można nakazać? Że choć łączy nas bardzo wiele, to jednak też bardzo wiele różni. W wielu Polakach jest wielka potrzeba uroczystego rozpamiętywania rocznic tragicznych dla naszego narodu. Stosunkowo rzadko urządzamy uroczystości z okazji sukcesów czy zwycięstwa, a za to wprost uwielbiamy się umartwiać w kolejne rocznice i miesięcznice tragedii. Wolałbym świętować zwycięstwa nie tragedie, a mam wrażenie, że wciąż ktoś mi wmawia, że tylko tragedia jest godna mej pamięci. I tylko to można prawdziwie i patriotycznie rozpamiętywać, co miesiąc, czy co rok.
