Rozważania po wizycie
– Ty, jakiego oni musząmieć stracha o niego – zagadnął mnie pan Janek. Spojrzałem mu przez ramię doczytanej przez niego gazety. Była tam relacja z wizyty prezydenta Stanów wnaszej pięknej ojczyźnie. A dokładniej kolega Janek czytał o zamkniętych ulicach oraz o innychnadzwyczajnych środkach ostrożności jakie zastosowano w Warszawie podczaswizyty prezydenta ze Stanów. – Fakt, wkońcu przybył do kraju zaprzyjaźnionego – zgodziłem się z kolegą. – Jak widać,czym kraj bardziej przyjazny, tymbardziej się władza obawia o jego bezpieczeństwo podczas wizyty – dodałem. Przypomniałem sobie te opustoszałe ulice –jakie widziałem w telewizji – a na nich konwój kilkudziesięciu samochodówchroniących tę jedną najważniejszą osobę. – Mnie najbardziej zachwyciła relacjaw telewizji, w której pani dziennikarka zachwycała się wraz z zaproszonymi dostudia gośćmi, spontanicznościąkontaktów międzyludzkich jakim wykazał się w Warszawie amerykański przywódca – wyznałmi pan Janek. – Takwidziałem! Pani dziennikarka w tle opowiada, że to całkowicie przypadkowespotkanie, a na ekranie pani tłumaczka z karteczek czyta informacje o każdej zosób, z która prezydent postanowił spontanicznie porozmawiać –potwierdziłem. U nas to nawetspontaniczność musi być wcześniej przygotowana. Pierwszego dnia wizytynajbardziej zaintrygowała mnie przewidywana nieprzewidywalność zmiany trasyprzejazdu prezydenta. I to, że choć wszyscy się spodziewali że to się możezdarzyć, to nikt się nie spodziewał, że prezydent ze stanów postanowi napoczątku pojechać do hotelu a nie do pałacu. – Powiedz mi, jak to jest? Jeślion jest tak kochany w Polsce, to po co takie środki ostrożności jakby władzaspodziewała się że Talibowie w czasie jego wizyty przejdą niepostrzeżenie przezkilka granic i w sile jednej dywizji pancernej zaatakują go akurat w Warszawie?– zapytał pan Janek. – Czym bardziej kochają, tym bardziej to niebezpiecznewidoczne – starałem się znaleźć dla pana Janka logiczne wyjaśnienie tejsytuacji. Mnie polityka Stanów bardzoprzypomina zdanie z polskiej komedii: – Ja wiem, polokoktowcy nas nie kochają,ale my ich będziemy tak długo kochać, aż oni nas wreszcie pokochają – rzekłSzyszkownik Kilkujadek. Naprawdę można dojść do wniosku, że rząd Stanów Zjednoczonych doskonale wie, żenie wszyscy go kochają ale on będzie tak długo ich kochać, aż wszyscy wrogowieamerykańskiej demokracji w końcu zrozumieją swój błąd i ich pokochają. – Spodobało mi się, że prezydent Stanówraczył promować, powoli zapomnianą u nas sztukę epistolograficzną – zagadnął mnieznów pan Janek przerywając moje rozważania na temat podobieństw między Szuflandiąa Stanami. – Chodzi ci o list skierowany do senatorów w Stanach? – dopytałem. –Tak, ten. Ale mam nadzieję, że nie wysłał go zwykłym listem na poczcie, bo listktóry wysłałem do ciotki w Skierniewicach jeszcze do niej idzie… a wysłałem godwa lata temu – zaniepokoił się pan Janek. Oby tak nie było, bo znów nic nie będzie ze zniesienia wiz do Stanów? -A jakby tak wprowadzić wizy dla Amerykanów wjeżdżających do Polski? – przyszłami do głowy myśl. – Nieeee, to nie możliwe… przecież my jesteśmy zaprzyjaźnienize Stanami – zgodziliśmy się z panem Jankiem, że to szalona myśl.
