Tu się tyle nie zarabia…
Mój kolega pracujący od kilku lat w stolicy naszego pięknego kraju postanowił w nagłym przypływie lokalnego patriotyzmu powrócić na rynek pracy rodzinnego miasta na prowincji. Przeglądał oferty pracy, wysyłał CV i już po kilku miesiącach znalazł w tych ogłoszeniach prasowych coś, co mu przypasowało. Było zgodne z jego wykształceniem oraz dotychczasowym przebiegiem jego kariery zawodowej. No, był w zasadzie idealnym kandydatem na to stanowisko. Wysłał list motywacyjny, curriculum vitae oraz fotografię. Czekał dwa tygodnie i… miał szczęście, bo został zawezwany na rozmowę kwalifikacyjną. Stawił się mój znajomy w siedzibie wielkiej firmy o amerykańskim rodowodzie z siedzibą w moim mieście. Został miło przejęty przez komisję rekrutacyjną, a rozmowa upływała w miłej i przyjemnej atmosferze wzajemnego zrozumienia. – To ile by pan chciał zarabiać? – zapytała w pewnej chwili pani z komisji, bo przecież jest to klasyczne pytanie, jakie takie komisje zadają kandydatowi do pracy. I w zasadzie nie wiadomo jak się w tedy zachować, bo przecież ja dla przykładu to chciałbym zarabiać kilka milionów, ale czy moje chęci są tu najważniejsze? W takich chwilach najczęściej staram się wpasować w ich oczekiwania, ale to też przecież nie jest takie łatwe, bo skąd ja mam wiedzieć ile to oni przeznaczali na pensję dla nowego pracownika. Nie jestem jasnowidzem. A oni pewnie jak powiem za dużo, to mnie nie przyjmą, a jak powiem za mało to uznają, że jestem mało ambitny i też zostanę skreślony. Ciężka sprawa z takim pytaniem. Wracając do sprawy mojego kolegi, który usłyszał pytanie: – To ile by pan chciał zarabiać? On w przeciwieństwie do mnie, dokładnie wiedział. Kolega uważał, że z jego doświadczeniem zawodowym nie może zarabiać mniej niż dotychczas. Dodał, więc kilka procent i wyszła mu odpowiednia jego zdaniem liczba. – Siedem tysięcy miesięcznie brutto – odparł mój znajomy. Po tej informacji atmosfera na spotkaniu rekrutacyjnym jakby trochę siadła… pani jakoś tak mniej była zainteresowania dokonaniami zawodowymi mojego kolegi. – To proszę pana nie Warszawa, to jest R…, tu się tyle nie zarabia – stwierdziła pani z komisji, gdy rozmowa powróciła znów do wysokości spodziewanej pensji mojego znajomego. Spotkanie trwało jeszcze chwilę, ale już bez obopólnych emocji. – Mieli się odezwać do mnie, ale się już nie odezwali – wyznał mi kolega nadal mieszkający i pracujący w warszawskiej korporacji. – Dowiedziałem się też, ze przyjęli innego kandydata i płacą mu dwa tysiące miesięcznie brutto – dodał. No tak, to miasto na prowincji, tu ludzie mniej jedzą, mniej piją, mniej płacą za rachunki, mniej za ubranie, za buty, mniej wydają w restauracjach… ogólnie nie potrzebują zarabiać… nie to, co w stolicy. Ale jedno jest dziwne, że pracować mają tak jakby te siedem tysięcy zarabiali, a przecież zarabiają tylko dwa. Kilka tysięcy mniej za tę samą pracę… przypomniał mi się billboard pewnej sieci handlowej, napis na nim głosił: trochej dalej – dużo taniej… faktycznie coś w tym jest.
