Skończyło się…

Obublikował pavvel dnia

Zaczęło się w piątek, to znaczy skończyło się w piątek. Skończyło się moje dotychczasowe życie, a zaczęło się coś nowego, choć niekoniecznie lepszego. Od razu uprzedzam tych wszystkich, którzy teraz sięgają po telefon, by sprawdzić czy jeszcze żyje, tak, jeszcze tak. To skończyło się życie, jakie miałem, a nie dokonałem fizycznego zejścia z tego świata.

Większość moich bliższych i dalszych znajomych od dawna mówiła, że tak się skończy. Ja też wiedziałem, ale u mnie to było tak, że niby byłem na to przegotowany, a jednak, gdy mnie dopadła ta samotność to się okazało, że na taki wielki wstrząs jednak nie byłem gotowy.

Nie umieram fizycznie, no przynajmniej nie teraz, bo spodziewam się, że nieśmiertelny też nie jestem. Spokojnie, jeszcze Was trochę pomęczę swoim istnieniem. Jednak musze odnotować, bez satysfakcji, że mój odwrót od wszystkiego, co nazywa się życiem społecznym nagle zdecydowanie przyspieszył. Przez ostatnie dwa lata wegetowałem sobie nie znajdowując w sobie wystarczająco dużo siły do życia, co ochoczo zostało przez większość zinterpretowane, jako lenistwo. Prosiłem o pomoc, ale słyszałem tylko żebym się wziął w garść.

A ja nie miałem w sobie dość siły, bo mi tam coś nie pozwalało zaistnieć zawodowo. Nie potrafiłem bez domowego szczęścia. Nie mogłem tak na szychtę do fabryki, czy biura, bo coś tam tak w mojej głowie odbierało mi większość sił. Mówiłem o tym, ale nikt nie słuchał. A ja naprawdę nie mogłem tak normalnie jak porządny członek społeczeństwa wyjść z domu i przez dziesięć godzin udawać w pracy, że wszystko jest dobrze, a potem wracać tam gdzie nie było dobrze. Nie potrafiłem uśmiechnięty udowadniać niezainteresowanemu klientowi, że coś tam, obojętnie co, jest zdecydowanie najlepsze i dlatego warto to kupić. Może wszyscy inni tak potrafią, ale ja nie. Nie mogę bez podpory w życiu osobistym zaistnieć w życiu społecznym.

Dodatkowo okazało się, że się wypaliłem zawodowo . Pan w kitlu tak stwierdził, po wnikliwym badaniu. Wspomniał też coś o depresji, i o tym, że wypadałoby się teraz uspokoić i wyciszyć, i nie mieć żadnych stresów. Ale jak ja się miałem wyciszyć jak wszystko wokół się waliło?

Nie mogłem pracować, bo wypalony byłem podobno zawodowo, no i miałem depresje, a może tylko nie mogłem znieść tego, że w moim życiu osobistym wszystko ponownie zaczęło się rozpadać. Nie mogąc pracować, nie mogłem zarabiać, nie zarabiając nie mogłem się leczyć, bo w Polsce żeby się leczyć musisz być przydatny społecznie, a ja przecież taki nie byłem i nadal nie jestem. I tak nieleczony, nie mogłem pracować i tu się koło zamyka.

Dlatego wybrałem zawieszenie, chciałem przeczekać. Tylko o jedno prosiłem, żeby mnie wspierać, żeby mnie kochać, zamiast tego dostałem jeszcze bardziej po łbie od osoby na którą najbardziej liczyłem. Nie, ja się nie żale, ja tylko odpowiadam na te wszystkie słowa otuchy, które zalecają mi żebym się ogarnął i zabrał do roboty i coś zrobił ze sobą. Bo przecież lekarstwem na wszystko jest robota. No tak, ja rozumiem, że trzeba, że to konieczne, że kasiora i że trzeba, bo inaczej nie można, ale może jednak ktoś zauważy, kurwa, że to nie jest tak, że ja nie chce, bo bardziej nie mogę.