Spotkania przy kieliszku. Cześć pierwsza i zapewne nie ostatnia.

Obublikował pavvel dnia

– To ty żyjesz, przecież miałeś zejść chyba ze trzy tygodnie temu? – zapytałem, gdy tylko wypatrzyłem jego brodatą twarz wśród licznego grona bywalców placówki gastronomicznej z wyszynkiem. – Miałem, ale jakoś nie mogę w sobie przezwyciężyć instynktu samozachowawczego lub nie mogę się zdecydować, więc tak sobie wegetuje w samotności – odparł wskazując mi miejsce przy stole.

Gdy zasiadłem na wskazanym krześle mój towarzysz tradycyjnie dla siebie stracił natychmiast zainteresowanie moją osobą i popadł w zadumę. Cóż było robić, uszanowałem jego milczenie, ale mając na uwadze, że i ja i przyjaciel jesteśmy z krwi i kości Polakami, to postanowiłem przywoławszy uprzednio kelnerkę zamówić dla nas flakon wody rozmownej i coś, co z grubsza, a w właściwie z cieńsza, przypominało zakąskę.

Mój towarzysz od pewnego czasu był samotny, gdyż opuściła go kobieta z powodów, które dla niego nadal nie były jasne, dla mnie były jaśniejsze a dla wielu ludzi, którzy Go znają wręcz oczywiste. Tak czy inaczej mój przyjaciel został sam. Sam je, sam sypia i przeważnie sam pije, bo przecież wszyscy jego bliżsi przyjaciele są w wieku, który obarczony jest dziećmi i trudem wychowawczym lub przynajmniej trudem kariery i wynikłymi z tego obowiązkami. Jako osoba bezdzietna przyjaciel nie ma raczej szans żeby mu ktoś podał szklankę wódki w potrzebie, więc samotność go strasznie dołuje. Dodając do tego jego powszechnie znaną niechęć do socjalizacji i trudności z zawieraniem nowych znajomości mamy klasyczny przykład człowieka samotnego ponad miarę. I właśnie taki klasyczny okaz siedział teraz przede mną i wymownie milczał wpatrując się w okna, za którym, uwierzcie mi, dosłownie nie było nic do wpatrywania.

– Daj Boże zdrowie! – wzniosłem toast i szkło uprzednio napełniwszy je wódeczką. Popatrzył na mnie i mógłbym się założyć, że coś tam w jego oczach zajaśniało. – Daj Boże – odpowiedział i wypiliśmy po pierwszej pięćdziesiątce. Teraz wypadałoby zakąsić, ale to co leżało na talerzykach w charakterze potrawy awansowanej stanowczo ponad stan do miana zakąski wzbudzało nasz respekt.  Przepiliśmy wodą, tak było bezpieczniej.

– Co ty dzisiaj taki doniczegowaty? – zapytałem, choć stan mojego towarzysza raczej uznawałem za jego standard mu przypisany, ale od czegoś trzeba było zacząć rozmowę. – Nie mam ochoty na nic – odparł i zaczął bawić się pustym kieliszkiem.  – A jak Ci tam samotnie? – ponownie zapytałem, choć przecież wiedziałem jak mu jest, ale czasem tak właśnie trzeba. – Nie najlepiej – odparł – snuje się samotnie z biura do domu, potem coś bez przekonania zjem, coś bez przekonania wypije i zasypiam na parę godzin zmęczony rozpaczą i alkoholem, potem się budzę, leże w łóżku i myślę, potem wstaje, wykonuje kilka bezsensownych czynności, wychodzę do biura, potem wracam i tak dzień za dniem.

Usłyszałem, to co w zasadzie wiedziałem, że usłyszę, bo przecież taki dialog prowadziliśmy już od pewnego czasu i mam wrażenie, że tylko rozpacz się w nim nasiliła. Tak, na takie coś nie można nic sensownego odpowiedzieć. Już dawno zrozumiałem, że pocieszenia w stylu: jakoś to będzie, dasz sobie radę, trzymaj się, przecież jesteś zdrowy, masz dwie ręce, dwie nogi, weź się w garść, dasz radę – zupełnie nie działają, a tylko wywołują w nim reakcję niechęci i zdenerwowania. Może on musi to w sobie przetrawić sam? Nie wiem. Jedno co wiem na pewno to to, że od potrzebuje z kimś posiedzieć, popić i porozmawiać. I to mu, jako przyjaciel, mogłem zaproponować i to uczyniłem.  – Na druga nóżkę? – powiedziałem nalewając płyn zapomnienia do kieliszków.  – Można , czemu nie?

Nie mogłem mu inaczej pomóc, ale chyba on też pomocy nie oczekiwał. Chciał po prostu porozmawiać, więc rozmywaliśmy o wszystkim i o niczym. Po kilku godzinach wstał i poszedł. – Do zobaczenia przyjacielu – powiedziałem, gdy już nie mógł mnie usłyszeć.