Wkurw narodowy, czyli na parkowej ławeczce w dzień roboczy
Jest jeden całkowicie niezawodny sposób jak ludek pobożny mojego prowincjonalnego miasta doprowadzić do złości, która się im wymaluje na twarzach czerwienią, zielenią i żółcią a spojrzenia ich zabić by człeka zdołały. Nie trzeba się specjalnie wysilać w prowokacji. Wystarcz w dzień zwyczajny, taki pracujący, przysiąść na ławce w parku i w godzinach urzędowania czytać z rozkoszą książkę.
Ja właśnie tak postąpiłem. Przeto naraziłem się na krzywe i zawistne spojrzenia tych, co to nie mogli jak ja przysiąść sobie na ławeczce i poczytać w godzinach pracy. Wychynąłem ja ci tak jakoś nadzwyczajnie, jako ten żuczek z pod kamienia na słoneczko, którego pięknego dnia i przysiadłszy na parkowej ławce wystawiłem swe stare kości do słońca, po czym zanurzyłem się z upojeniem w lekturze. Czytanie pochłonęło mnie bez reszty. Ale jednak coś mnie tak jakby uwierało. Coś mnie kłuło, rozdrażniała, rozpraszała i za nic nie mogłem się skupić na książce. Nie bardzo wiedząc, co mnie tak rozprasza i co mnie tak kłuje, postanowiłem zaprzestać czytania i poobserwować świat dookoła.
Siedziałem ja w parku na ławce stojącej nad brzegiem strumienia, co kiedyś pięknie szumiał wśród łanów zbóż na polach, potem stał się kanałem i płynął sobie niezauważanie pod ziemią a teraz na mocy postanowień władzy magistrackiej znów stał się strumieniem płynący na powierzchni przez coś, co w obiecankach polityków i zamysłach urzędników miało być przepięknym ogrodem parkowym.
I tak to nad brzegiem ruczaju, na pagórku niewielkim, choć nie w brzozowym gaju tylko na parkowej ławce nad kanalikiem z kaczkami i sitowiem wśród kilku młodych drzewek zwaliłem swe stare ciało na ławkę i z książką w ręku bacznie, acz dyskretnie, obserwowałem otworzenia.
Przede mną maszerowali w swym niekończącym się mrówczym pochodzie ludzie miejscy. Ci, co to do fabryki, do biura, do sklepu, ze sklepu czy ogólnie do roboty spieszyli, a jak się tam nie spieszyli to spieszyli się do domu, do dzieci i do domowych obowiązków. Dostojnie maszerowały liczne tam mamusie i babcie z latoroślą ukrytą w wózkach lub z takimi, co już biegają samopas, a przynajmniej tak by chciały. Przebiegali zziajani przed moją ławeczką członkowie fitnessjugend. Często i gęsto sunęli po chodniku sprężyści cykliści na swych maszynach. Tudzież młodzież szkolna grupkami przetaczała się po parkowej alejce chwacko przeklinając w ramach przecinków i zamiast kropek w każdym wypowiadanym zdaniu. Defilowali tak przede mną ludzie miejscy w swej różnorodności płci, zawodów i ubioru. Zapychali trotuarem z betonowej kostki to w jedną, to w drugą stronę i jedno ich tylko łączyło. Patrzyli na mnie z wrogością i zazdrością.
Bo to tak przecie, nie po bożemu, w dzień powszechny, w dzień roboczy, siedzieć na ławce z książką w ręku i wylegiwać się na słoneczku. Nie można tak w oczy ludzi kłuć tym nic konkretnego nie robieniem, bo jakżeż tak można. Patrzyli tak z zazdrością, pogardą, z wrogością. Bolało ich zapewne to, że ktoś tak może a oni tak nie mogą. Przeszło ich przede mną, do puki mnie ta obserwacja nie znudziła, tak chyba z setka różnoraka a żaden nie spojrzał inaczej jak tylko z wrogością. I tak sobie pomyślałem, że straszne czasy na nasz naród przyszły skoro takie wrogie i zawistne spojrzenia wywołuje zwyczajny człowiek, który się tylko tym na tle zapracowanego ludu bożego wyróżnia, że książkę czyta na ławce w parku w dzień roboczy.
