Żal, że nie urodził się Holendrem
Ernest nie był Holendrem, ba, nawet nie był obywatelem holenderskim. Był niestety, ku jego wielkiej żałości, zwykłym, klasycznym Polakiem, a przez to stał się też katolikiem. Bo przecież w tym kraju nadwiślańskim bycie Polakiem w duże mierze oznaczało bycie wyznawcą kościoła katolickiego. Przynajmniej do uzyskania przez obywatela pełnej świadomości umysłowej. Potem różnie już bywało, i z tą polskością, i tym katolicyzmem.
W tym jednak dniu, w którym Ernest przeczytał w gazecie informacje o tym, że rząd holenderski nie tylko jest pierwszym krajem świata, który zalegalizował eutanazję, ale jeszcze, niejako dodatkowo, rządzący Holandią chcą do prawa tego kraju wpisać instytucje zwaną „asystentem śmierci”. W tym właśnie dniu Ernest bardzo pożałował, że przypadek, czy też istota wyższa, nie uczyniły mu tego zaszczytu i nie sprawiły, że urodziłby się Holendrem. Żałował też, że nie stał się obywatelem tego kraju przez świadomy wybór zmiany obywatelstwa. A teraz było już za późno, i na jedno, i na drugie.
Ernest ze swej natury był osobą wysoce lękliwą, tchórzliwą wręcz – można było powiedzieć. Już dawno postanowił zakończyć swą marną egzystencje na tym łez padole, ale jednak nie miał na tyle odwagi żeby zdobyć się, na ten czyn ostateczny, którym odebrałby sobie życie. Taki asystent śmierci idealnie by mu pasował, dlatego tak bardzo Ernest żałował, że los nie uczynił go Holendrem.
– Człowiek i jego wolna wola jest najwyższą wartością – tak właśnie uważał Ernest już od lat i na tym zbudował swoją bardzo prywatna ideologie. Nikt nie może nikomu nakazać, co ma zrobić ze swym ciałem i swoją duszą. Nie można przecież uważać, że samotność, żal, beznadzieja egzystencji lub ciężka choroba zahartują tak człowieka, że stanie się zdolny do dalszego jeszcze bardziej twórczego i pełniejszego życia. Jeśli nawet tak bywa z nielicznymi jednostkami, to nie znaczy, że z każdym tak właśnie ma być. Tak właśnie uważał Ernest i czasem dawał temu wyraz w tych nielicznych chwilach, kiedy inni ludzie chcieli wysłuchać tego, co miał im do powiedzenia.
Ernest już dawno zauważył, że wśród ludzi, których spotyka na swej ziemskiej drodze, wielu było takich, co to po dojrzałym zastanowieniu i rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw uznali, że ich życie już się dokonało. Ernest też się do nich zaliczał. – Tacy z nas powinni mieć możliwość skutecznie, godnie i w możliwie w przyzwoity sposób położyć kres swojemu trwaniu na ziemi – mówił, gdy ktoś raczył go słuchać. Uważał, że każdy ma prawo do wybrania własnej drogi i każdy ma prawo decydować, kiedy jego doczesna droga na się skończyć.
Ernest nie miał złudzeń i wiedział, że w Polsce, w kraju, w którym się urodził i w którym pewnie umrze naturalną śmiercią po ciężkim beznadziejnym, bolesnym życiu, dostanie kiedykolwiek prawo o godnym zadecydowaniu o własnym losie. Za dużo w tym społeczeństwie, w tym państwie jest narzucającej się ideologii. Za dużo tu takich, co w myśl własnych przekonań, własnej wiary narzucają swoją wole w postaci przymusu prawa.
Bardzo bolało Ernesta to, że w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej nawet jak umierasz z głodu i wycieczenia na ulicy, bo nie masz dachu nad głową i pieniędzy na godne życie, to nie masz prawa godnie zakończyć swej egzystencji, bo twoje życie uwięzione jest tu w prawach, nakazach i rozporządzenia wydawanych tak przez państwo jak i w prawie moralnym nakazanym przez katolicki kościół. Ale cóż miał począć, w tym kraju był już nikim i nikt nie liczył się z jego opinią na żaden temat.
Żył, więc Ernest w tej niezdolności ani do życia, ani do śmierci. W tej „podwójnej niemożności”. I bardzo żałował, że nie urodził się, ani nie został, Holendrem.
