Wielkie milczenie Boga
Cud nie nastąpił. Przyznaje, że gdzieś tam w głębi siebie to nawet na niego nie liczyłem, ale tak to już jest z nadzieją. W zupełności wystarczyłaby mała boska interwencja. Ale jak można się było skądinąd spodziewać, nic się nie stało. To znaczy stało się coś, co na zawsze zmieni moje dotychczasowe życie i to bynajmniej nie na lepsze, ale nie stało się to, czego chciałem, czyli boska interwencja tego nie powstrzymała.
Oczywiście, jak wiem o tym, że jest to wielkie milczenie Boga i takie tam rzeczy. Ale jednak zgodnie z zasadą jak trwoga to do Boga to jak wszystkie inne środki zaradcze nie pomogły to poprosiłem istotę wyższą o wstawiennictwo za mną czy jak kto woli o cud. Który tradycyjnie, no przynajmniej dla mnie jest to tradycją, nie nastąpił.
Przez ostatnie kilka tygodni wręcz fantastycznie oraz zachowując zasady tak dla mnie trudnej religijności wprost błagałem Najwyższego o pomoc w ważnej dla mnie sprawie. Rezultat jest taki jak opisałem powyżej, czyli żaden. Pomocy nie otrzymałem. Odpowiedzi na modlitwy brak.
Prosiłem o sprawę minimalną, o to żeby nie nastąpiły zmiany. Niech wszystko pozostanie tak jak było, jeśli nie może być zmian na lepsze. Ale nic z tego. Mimo moich próśb o pomoc ta nie nadeszła i wszystko się zmieniło nieodwołalnie. A w zasadzie dopiero się zmieni lub zacznie się zmieniać na gorsze lub na najgorsze.
Wiem, że nie byłem najlepszym synem Boga Ojca w niebiesiech. Ale przecież w myśl zasady mówiącej o tym, że „większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia”, jako ten syn marnotrawny, powinienem przynajmniej teoretycznie stać się synem najukochańszym i móc liczyć na choćby minimalne zainteresowanie.
Nie jestem przecież namolny. Z rzadka się zdarzało, że prosiłem o pomoc. Zawsze też, jeśli już, to proszę przeważnie o drobne sprawy i podobnie było tym razem. Co prawda można było się spodziewać braku jakiekolwiek reakcji – już choćby wyciągając naukę z poprzednich doświadczeniach z prośbami o pomoc do Najwyższego – ale przecież zawsze jest nadzieja, że może tym razem coś się zmieni na lepsze i Ojciec Niebieski odbierze telefon, gdy do niego dzwonie. Ale nie, tym razem też nie.
Patrząc na ten mijający rok tak bardziej ogólnie do był dla mnie rokiem hiobowym. Pełnym ciężkich doświadczeń i zmian tylko na gorsze. Zło nie było już tylko gościem w moim świecie. Zamieszkało w nim na stałe. Tak, ja wiem, że inni zapewne mają jeszcze gorzej, ale chyba mogę sobie pozwolić od czasu do czasu na odrobinę egoizmu i poprosić żebym, choć na kilka lat miał cisze, szczęście i spokój. Boże, ja wiem, że pewnie doświadczasz mnie, prawnie codzienne, abym bardziej w Ciebie uwierzył, ale jeśli mogę mieć jeszcze jedną prośbę tym razem zupełnie malutką to czy mógłbyś objawiać się w mniej negatywnym sposób?
Moje szczęście w życiu polegało głównie na tym, że zawsze spotykało mnie jakieś nieszczęście. Nie inaczej było i tym razem. Choć teraz dodatkowo zwróciłem się do ostatecznej instancji, lecz pomocy się nie doczekałem. To nawet nie to, że mam żal. To nie to. Po prostu z wyczerpana innych możliwości liczyłem – jeśli nie na cud – to przynajmniej na drobną pomoc. A okazało się, że tradycyjnie jestem tu sam, bo Najwyższy postanowił sprawę przemilczeć.
