Pan potrzebujący

Obublikował pavvel dnia

– Przepraszam pana bardzo, czy ma pan na jedno piwo dopożyczyć? – w te słowa zwrócił się do mnie jegomość w silnej potrzebie sądząc już z ogólnego wyglądu wspieranego zachowaniem. – Bo ja już tego nie wytrzymam – dodał jeszcze trzęsąc się cały, ale chyba nie tylko z niepewności czy odnajdzie drogę do mojej hojności. Dałem. Pewnie, że dałem. Odliczyłem z drobnych pięć złotych, i dałem. Pożyczyłem w zasadzie na wieczne oddanie, bo rozumiem taki stan.

Pan szanowny oddalił się w kierunku najbliżej placówki handlowej. A ja patrząc za nim przysiągłbym, że oddalił się w podskokach i to nie była wcale przenośnia. Ja tym czasem postanowiłem zasiąść na parkowej ławce w celu filozoficznego rozkminienia tego spotkania z człowiekiem w potrzebie i tak ogólnie chciałem sobie podumać na świeżym powietrzu. No, dobra, nie ma co ściemniać. Zwyczajnie zajarać chciałem.

Pale ja tak sobie i dumam. A tu przede mną znów wyrasta znany mi pan w potrzebie, choć już spokojniejszy zdecydowanie, mniej rozedrgany, najwyraźniej wzmocniony napojem. W mniejszej potrzebie. – Mogę się przysiąść? – pyta wskazując „moją” ławkę w ręku dzierżącą puszkę mocnego piwa. Normalnie to bym coś tam bąknął, że nie…, że są przecież inne ławki, ale „co tam” pomyślałem. – Siadaj pan – rzekłam zapraszająco.   – Poczęstujesz pan papieroskiem? Poczęstowałem. Pan zasięgnął się z lubością dymem.

– Oczywiście, że można żyć bez alkoholu, ale po co? – zauważył pan otwierając puszkę. – To strasznie nudne. Leże sobie, uważasz pan, całymi wieczorami przechodzącymi w noc i myślę o tym, że wystarczyłoby jedno, dwa piwka a życie stało by się znacznie znośniejsze. A tak wstaje idę do kuchni zrobić sobie herbatę. Bez większego zainteresowania, a raczej z przyzwyczajenia, otwiera lodówkę, chwile popatrzę na pustki tam panujące, potem zamykam. Wracał do pokoju, do łózka.  Wpatruje się bez większego powodu i bez żadnej prawie przyjemności w ekran. Potem wyciągam rękę i już po chwili wpatruje się w mniejszy ekran, tym razem telefonu. Mogę jeszcze popatrywać w ekran komputera. Odkładam to jednak.

– Może poczytam, myślę sobie. Mam wyjątkowo kilka zapomnianych, odłożonych na potem, miesięczników. Może poprzeglądam? A może jednak książka? Tak, to coś dla mnie. Jak nie pije to przynajmniej poczytam. Ale gdzie tam, już po dziesięciu stronach czuje, że odpływam myślami i znów jest tak jak zawsze, czyli nie najlepiej, ze wskazaniem na źle. Nic nie będzie z tego czytania, poza tym ja przecież z jakiś irracjonalnych powodów nie przepadam za czytaniem w domu. Jak już coś mam przeczytać większego niż jedna strona maszynopisu (jak się kiedyś mawiało) to zdecydowanie wolę tego doświadczać na łonie natury, w przyjemnych okolicznościach przyrody.

– W takim razie może na spacer? Pogoda ładna. Można przysiąść na ławce. Popatrzeć z przyjemnością na płeć przeciwną. Można by, ale właśnie sobie przypomniałem, że ja zakochany jestem bez wzajemności, więc płeć piękna jakoś tak mnie nie za bardzo interesuje. To znaczy, tak, nadal jak najbardziej interesuje, ale jednocześnie nie za bardzo. „To, że będzie się dotkniętym przez dla płci indyferentyzm. To nie znaczy jeszcze, że miłych wrażeń nie da płeć” – że zacytuje klasyka.

– Może i bym się i powlókł do parku, na leśną polankę, na uroczysko nad rzeką, ale z drugiej strony, co ja tam sam tak będę siedział? Jakby tak, dla przykładu zabrać z sobą z kilka piwek, to i od razu tak nawet w samotności raźniej by było. A tak? No cóż. Nic. Nie uważasz pan?

Tak uważałem, ale wolałem posłuchać. I tak plótł mi opowieści jeszcze z kilkanaście minut. Dokładnie cztery papierosy dalej postanowiłem go jednak zostawić. – Zauważył pan, że jest teraz mniej takich samolotów, co robią kreski? – zapytał na odchodne. Faktycznie, pomyślałem odchodząc, coraz mniej takich, co robią kreski.