Przypadkowe przeniknięcie

Obublikował pavvel dnia

– Wszystko przepadło. Tyle lat starań. Tyle codziennych wyrzeczeń. Tyle nieprzespanych nocy. Tyle ciężkich poranków. Wszystko po nic. Wszystko na nic. Wszystko jak krew w piach…  Szkoda, kurde, no naprawdę  szkoda, że tak wyszło. Tak nijak. Ani dobrze. Ani źle. Po prostu nijak. Człowiek przez te prawie dwadzieścia lat tyle w to zainwestował, a teraz nic z tego nie ma. Naprawdę nic. Bo życie, to życie. Liczy się jego jakość, nie samo trwanie. A teraz żyje wprawdzie, ale co to za życie?

Spotkaliśmy się na ulicy. Tak przypadkiem jak to się człowiek z człowiekiem czasem spotka na środku chodnika w centrum miasta tak zupełnym przypadkiem.  Od razu przyznam, że to bardziej on mnie spotkał. Bo ja, to jak to ja, zazwyczaj nikogo nie zauważam. Łagodna w objawach, ale jednak prozopagnozja. Ale jak już mnie klepnął w ranie i to „dzień dobry” w formie zapytania i przywitania jednocześnie wykrzyknął w twarz, to się spotkaliśmy.

On jakoś tak poszarzał ostatnio. Nie żeby zawsze był nadmiernie kolorowy. Ale teraz to jakoś tak bardziej wydawał się stonowany niż zazwyczaj. Strój na nim taki był szarawy. Broda bardziej zmierzwiona. Łysa czaszka mniej śniąca. Oczy miał smutne i przygaszone. I mówił tak jakby o pół tonu za cicho. Jednym zdaniem szary był cały.

– Jak tam u Ciebie, dobrze? – zapytałem tak odruchowo bardziej niż z chęci poznania odpowiedzi. Sam nie cierpię jak ktoś zadaje mi takie pytanie na dzień dobry. Ale jakoś trzeba było zagaić rozmowę, przecież nie będziemy tak stali w milczeniu.  – Może być. Choć mogło być lepiej – odpowiedział pesymistycznie, czym wywarł na mnie od razu lepsze wrażenie. – Wiesz takie nieszczęście na mnie spadło. Pracował nad czymś wiele, wiele lat. Poświeciłem temu, nie przesadzając, pół mojego życia, a teraz do wszystko przepadło. Co ja mówię, nie tylko czas temu poświeciłem, ale samego siebie poświeciłem. Swoje zdrowie. Swoich znajomych. Swoje związki.  – powiedział smutno.

Przysiedliśmy na ławce, bo zapowiadało się na dłuższą opowieść.  I tam siedzieliśmy pochłonięci w rozmowie. Ten, co wyglądał ja ja, ale był ode mnie zdecydowanie bardziej szary, bardziej pesymistyczny i bardziej stonowany w barwie i wygładzie (a przecież to nie takie łatwe). I ja, ta jego jednak ciut radośniejsza wersja. Dwie postacie. Jedna ławka. Szyba wystawowa miedzy nimi. Wszystko w szarościach. Jeden jaśniejszy. Przenikanie. Drugi ciemniejszy. Podobni, ale nie tacy sami. Ludzie na ulicy na chwile w dwóch postaciach. Oni na dłużej.

– I po co mi to było? Nie warto było przestawać, tylko należało w tym wytrwać aż do końca. Człowiek doszedł już do mistrzostwa, a potem musiał to wszystko rzucić tak z dnia na dzień. Musiał? Bardziej chciał, bo czasem podejmuje się przecież nieprzemyślane decyzje. Wydałem na to przecież tysiące, dziesiątki tysięcy. Ba! Może nawet i setki tysięcy. Tyle człowiek na to zdrowia poświecił. A ile straci? Tyle czasu, a teraz? Szkoda słów. Wszystko teraz przepadło. Bo to jak ze sportem jest. Jak przestaniesz na kilka miesięcy, porzucisz regularne treningi, to nie jest łatwo zadziałać potem wyczynowo.

Ze mną też tak było, czy też jest. Kiedyś miałem wyniki, a teraz… teraz to ja jestem ponownie zwykłym amatorem. Co to od czasu, do czasu i to nie za dużo. Nic tylko się wziąć i pociąć z żalu za tym, co było a nie jest. Człowiek dawniej był pod dobra datą prawie co dnia. A teraz? Nic już tak nie cieszy jak dawniej. Ech, życie. Tyle przepojki, tyle zakąski. Wszystko na nic. Wszystko po nic. Ciężkie jest życie na trzeźwo. Zdecydowanie nie do przyjęcia. Życie jest krótkie i tylko jedno. Może warto je spędzić ciekawie, jeśli już nie można szczęśliwie?