Wredność natury, czyli jak musisz, to musisz

Obublikował pavvel dnia

Powinienem, wiedzieć co kieruje człowiekiem w stanie nietrzeźwości. Przynajmniej z doświadczenia, powinienem to wiedzieć. Rozpoznałem to w teorii i praktyce. Ale nadal poczynania niektórych pijanych są dla mnie niezrozumiałe. Podczas obserwowania takich zjawisk doświadczam czegoś na kształt dysonansu poznawczego.

Na skraju miejskiego parku dogoniłem dwóch osobników idących, a właściwie usiłujących iść, bo ciążenie i stan upicia skutecznie utrudniały im tą czynność. Krótko mówiąc panowie byli nachlani w pesteczkę. Choć z drugiej strony, często w takich przypadkach, bóg lub sprytna natura, sprawiają, że choć chlali zapewnię tyle samo, to jeden z osobników w tym dwuosobowym stadzie jest ociupinkę mniej nawalony od drugiego.

U tym przypadku było podobnie. Ten trzeźwiejszy nadawał kierunek tego przemieszczania się sobie i temu drugiemu pozostającemu w mniejszym kontakcie z rzeczywistością koledze.  Widziałem jak się snują już z daleka. Długo już zapewne byli w tym parku. Z oddali widziałem jak zbierają się z ławki i wyruszają w podróż ku nieznanemu.  Dogonić ich nie stanowiło problemu z wyżej wymienionych powodów. Byli zdecydowanie w stanie wskazującym na spożycie, – że pojadę jak w oficjalnym komunikatem wydanym przez mundurowych.  Nawet chciałem uniknąć bliższego spotkania, ale cóż, chodnik był tam jeden i kierunek mieliśmy w znacznym stopniu wspólny. Tak mniej więcej.

W tym czasie, gdy ja analizowałem cud, jakim zapewne jest to, że w takim stanie można trzymać się w pionie obserwowani wyszli z parku. Stanęli przed przejściem dla pieszych.  Choć nieznacznie poruszali się na boki, walcząc ze wspomnianą już tu grawitacją, to jednak cierpliwie czekali na zmianę świateł. Ja trzymając się lekko z tyłu obserwowałem ich walkę z przeciwnościami losu.

Ruszyli dzielnie, gdy tylko na semaforze zapaliło się zielone światło oznaczające wolną drogę dla pieszych. Przemierzyli jezdnie i znów zatrzymali się przed kolejnym przejściem. Ja, ponownie trzymając się w bezpiecznej odległości, powtórnie mogłem obserwować swoisty taniec czy też marsz w miejscu obydwu panów. Obaj narzekali na to, że tak długo to trwa, bo to kolejna przecież przeszkoda, to czekanie na zmianę świateł na skrzyżowaniu.

Zielone światło wystartowała ich do dalszego marszu. Dodarli, nie bez przeszkód, na drugi brzeg. To znaczy, na chodnik po drugiej stronie jezdni. Zrobili jeszcze po dwa kroki i stanęli przed ścianą kamienicy. Przyjmując pozycje w rozkroku charakterystycznym dla czynności fizjologicznych właściwych ich płci. Wyjęli to, co tam mieli do wyjęcia i oddali naturze to, co musieli oddać. Tak dwa kroki od przejścia dla pieszych. W centrum miasta. Sikali sobie na mur kamienicy, a w zasadzie na wystawę sklepową, nie przejmując się porą ani innymi przechodniami.

Ja rozumiem, że jak kogoś przypili, to jak musi, to musi. Nie ma na to siły. Z tym wygrać nie można. Jak mówi stare przysłowie: nie sztuka wypić pięć piw, sztuka je utrzymać. Panowie ci najwyraźniej nie mogli utrzymać w sobie tego, co uprzednio wypili. To zrozumiałem w pewnym sensie. Mniej zrozumiałe jest to, że przecież kilka minut temu opuścili przyjemny i zaciszny park miejski. Ba! Gdy ich dostrzegłem to właśnie starali się opuścić ławkę, a ta znajdowała się tuż przy miejskich szaletach.

To nie dało im do myślenia? Nie mogli wtedy siknąć? Musieli przejść ze dwieście metrów i oddać płyny w najbardziej publicznym miejscu, jakie można siebie wyobrazić?

Tak, to jednak prawda, że alkohol wyłącza logiczne myślenie. To pewne. Ale pomyślcie na trzeźwo, jeśli wyłączyło im zdrowy rozsądek z nadmiaru trunków procentowych. Jak ich tak zezwierzęciło (z całym szacunkiem dla zwierząt). To jak podstępna musi być natura, że zachciało im się siku nie w dogodnych warunkach, ale tam gdzie najbardziej to nie było odpowiednie? Wredna jest ta nasza człowiecza czy też zwierzęca natura.