Życie w czasach zarazy
Poszło mi nie tam gdzie trzeba. Zachłysnąłem się wódeczką. Rozkaszlałem się po całości. A mój gromki kaszel słyszalny był już po chwili w całym bistro. A to przecież publiczne miejsce. Ludzie w panice zaczęli odchodzić ode mnie jak od potencjalnego epicentrum zarazy. Nie ma teraz lekko. Trzeba uważać gdzie się kaszlnie, czy pociągnie noskiem, bo jak ludziska zauważą mogą zatłuc sztachetami na śmierć. – Chłop ci u nas ciemny jest – cytując klasykę.
Ja rozumiem dużo. Rozumiem panikę. Ale dlaczego zamknięta jest moja ulubiona biblioteka? Przecież jak uczęszczam do niej od przeszło trzech lat to nigdy nie było tam tłumów. Dobrze jest jak spotkam tam kogoś innego pojedynczego oprócz pracowników. A tu zamknięta biblioteka z powodu zarazy. Kolejne miejsce z książkami też zamknięte. Tam gdzie udzielałem się jako wolontariusz też zaryglowane na głucho. Zamknięte, bo to placówka kultury. Nawet do kina nie można się wybrać, bo nieczynne z powodu zarazy.
Jak już tak się dba o to żeby się nie pochorować przez przebywanie w tłumie, to może warto rozważyć zamknięcie wszystkiego. Począwszy od kościołów a skończywszy na sklepach. Ja tam zawsze miałem wielką przyjemność z rozmyślania o zagładzie ludzkości, więc chętnie zobaczyłbym koniec naszej cywilizacji. Ale przy całym moim pesymizmie coś mi jednak podpowiada, jakieś przeczucie takie mam, że to jednak nie tym razem. Choć przecież mogę się mylić.
Przez tyle lat powtarzałem do znudzenia, że koniec nadchodzi. Teraz mogę powiedzieć z satysfakcją – a nie mówiłem, nadchodzi. A właściwie to już tu jest. Niby nic nie wybuchło. Nic się nie spaliło. Nikt nas nie napadł podstępnie. Nie nastąpiła inwazja sił ciemności. Zwyczajnie zaatakowało coś niewidocznego i a rząd wprowadził w życie nadzwyczajne prawo paniki. I to już wystarczyło żeby naród popadł w skrajne szaleństwo i ruszył po zaopatrzenie na czas trwogi. Swoją drogą to dziwne, że zawsze pierwszy ze sklepowych półek w czasach zarazy znika papier toaletowy. Tak jakby całe społeczeństwo w pierwszej kolejności ze strachu się obsrało – używając miejskiego slangu. To jedno, a drugie to że jak tylko wspomniano o zarazie a już w kościołach wołają do najwyższego, aby ten ocalił naród cały od powietrza, głodu, ognia i wojny. Od nagłej i niespodziewanej śmierci.
Rząd i publikatory zalecają obym się wysypiał. Nie da rady. Nie śpię, a właściwie śpię mało, po trzy cztery godziny na dobę już od ponad dwóch miesięcy, więc rządowe zalecenie i tak mnie nie uśpi. O dietę to też mógłbym zadbać, ale że naród wykupił wszystko, co było do wykupienia ze sklepów, więc nie będzie to łatwe.
Unikanie spożywania alkoholu nie wchodzi w grę. Nie tylko, dlatego, że to ostatnie, co zastało na sklepowych półkach, to jeszcze jak tu żyć na trzeźwo w takich warunkach. Nie mówiąc już o tym, że przecież alkohol dezynfekuje. Co do palenia tytoniu, to rządowe zalecenie przyjmuje z pokorą. Nie palę i palić nie będę, choć ciągnie mnie, gdy tak patrzę na to wszystko. Chętnie bym zapalił i spokojnie paląc papierosa stał na balkonie dziwiąc się światu.
Dziwne i niezwykłe jest życie w czasach zarazy.
