Lux – Torpeda, czyli kolejowych wspomnień czar
Wczoraj dowiedziałem się w pracy, że na początek września szykuje się dla mnie podróż służbowa do Warszawy. W wyprawach służbowych do stolicy moja firma zaleca skorzystanie z usług Polskich Kolei Państwowych. Bo to podobno taniej i wygodniej, bo po dotarciu na Dworzec Centralny mam bliżej na planowane spotkanie i tak dalej. Szefowie wskazują też na wyższość PKP nad samochodem, bo podróżując mim zapewne utknąłbym w korkach i się zestresował, a tak mogę jeszcze w pociągu w spokoju popracować dla dobra firmy. No przynajmniej teoretycznie, bo podróże koleją z mojego prowincjonalnego miasta do stolicy nie są wcale tak łatwe i tak przyjemnie jak się moim przełożonym wydaje. A co najważniejsze są powolne oraz nużąco, przygnębiająco wolne.
Na ponad stu kilometrowym odcinku torów między moją prowincją a Warszawą, po jednym torze sunie sobie niespiesznie mój pociąg pospieszny tylko z nazwy. Po tym torowisku, jak zapewniają władze PKP da się jechać najwyżej od pięćdziesięciu do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Faktycznie tu mają moi szefowie rację, podczas tak wolnej podróży mam czas na pracę. Przecież jadę sobie powolutku przez ponad dwie godziny pojazdem, który tylko dla ironii chyba nazywa się pospiesznym.
Wlokąc się tak ostatnio pociągiem do stolicy zabrałem ze sobą książkę o rozwoju techniki w II Rzeczypospolitej Polskiej. I tam z rozrzewnieniem przeczytałem po raz kolejny o prawdziwej legendzie polskiego kolejnictwa a mianowicie o pojeździe szynowym znanym Lux – Torpeda. Była to konstrukcja austriackiej firmy Austro – Daimler z 1933 roku, której jeden egzemplarz zakupiły ówczesne Polskie Koleje Państwowe. W 1936 roku fabryka Fablok w Chrzanowie na licencji Austro – Daimlera wyprodukowała jeszcze pięć zdecydowanie ulepszonych pojazdów szynowych napędzany silnikami spalinowymi.
Na fotografii zamieszczonej w książce widać, błyszczącą, zaokrągloną konstrukcję, która w niczym nie przypominała ciężkich, ociekających oliwą parowozów, jakie królowały wówczas na polskich torach. Lux -Torpeda był to czteroosiowy, motorowy, 60 osobowy wagon pasażerski pierwszej klasy. Jej prędkość wynosiła sto piętnaście kilometrów na godzinę. W 1936 roku Lux – Torpeda przejechała trasę liczącą sto czterdzieści siedem kilometrów na linii z Krakowa do Zakopanego w czasie dwie godziny osiemnaście minut! Jeśli tak rzeczywiście było, to według wszelkiego prawdopodobieństwa byłby to nie pobity do dziś rekord średniej prędkości na tej trasie. Przecież ja sto kilometrów pokonuję moim „ekspresem” w ponad dwie godziny oczywiście planowo, bo nie pamiętam jeszcze żeby PKP przyjechała punktualnie. Zawsze musi mięć choćby minutę spóźnienia.
Wczoraj przeczytałem w prasie, że PKP rozważa zamontowanie systemu urządzeń, które pomogą maszynistom sterować pociągami. Dzięki temu za dwa lata z Katowic i Krakowa do Warszawy pomkniemy z prędkością przekraczającą sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. A tak czasy rekordów Lux Torpedy mają po ponad siedemdziesięciu latach znów powrócić.
– Dołączymy do światowej czołówki – zapewnia Krzysztof Łańcucki, rzecznik PKP PLK. Tak, to niewątpliwy sukces, tak po siedemdziesięciu latach powrócić do normalności. Jak z taką prędkością pojadę pociągiem do Warszawy to rzecznikowi uwierzę w tę światową czołówkę.
Mój przyjaciel miłośnik kolejnictwa ma nadzieje, że pozostałością po kolejowej Lux -Torpedzie, jest stojący na zapleczu Muzeum Kolejnictwa w Warszawie kompletnie zdezelowany wagon motorowy. Ale nawet on ma wątpliwości, bo słyszał, że może to być włoski wagon serii SD 80, zakupiony przez PKP już po II wojnie światowej. I jest on tylko podobny do Lux – Torpedy. Szkoda. Można by go wyremontować i znów bić obecnie te przedwojenne rekordy szybkości.
A może jeszcze raz zakupić licencje od Austro – Daimlera, bo przed II wojną światową, w ubiegłym wieku na mojej trasie kolejowej podróży, stu kilometrowy odcinek Prowincja – Warszawa Lux– Torpeda pokonywała, że średnią prędkością osiemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę to jest to znacznie więcej od obecnie deklarowanej przez PKP prędkości na tej samej trasie nie mówiąc już o tej realnej. Więc pozostaje mi jedynie życzyć Polskim Kolejom Państwowym powrotu do tradycji i korzeni oraz takich samych osiągnięć jak ponad siedemdziesiąt lat temu.
