W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat

Obublikował pavvel dnia

Każdy pamięta czas, który przeminął inaczej, dla każdego ważna jest najbardziej jego własna perspektywa, z której patrzył na otaczający go wówczas świat. Jeśli wspomnienia dotyczą dnia, który okazał się punktem zwrotnym dla dziejów całego narodu to tym bardziej pamiętamy wszystko to, co tego dnia było naszym udziałem. 1 września 1939 roku to niewątpliwie taki właśnie dzień zwrotny w dziejach naszego narodu.

 

Pani Wanda, którą zapytałem o jej własne wspomnienia dotyczące pierwszych chwil wojny niezbyt chętnie wraca pamięcią do tamtych dni. – Przecież nikt nie chce wspominać złych chwil – mówi. I choć niechętnie ludzie starsi wracają pamięcią do tamtych dni to jednak Pani Wanda wierzy, że poprzez swoją opowieść pozostawia ślad w zbiorowej pamięci narodu. Że opowiadając swoje przeżycia, mnie przekazuje tak jakby swoje wspomnienia w depozyt mojej pamięci. Bo można wybaczać – mówi – ale nie wolno zapomnieć.

 

Pani Wanda urodziła się w 1926 roku w Niemczech w portowym mieście Rostock gdzie jej rodzice po zakończeniu pierwszej wojny światowej postanowili ułożyć sobie życie. W 1933 roku, gdy Adolf Hitler został kanclerzem, Rzesza Niemiecka okazała się nie najlepszym miejscem do pracy i życia dla polskiej rodziny. Więc rodzice małej, siedmioletniej Wandy postanowili wrócić do ojczyzny, do której i tak tęsknili. Po powrocie do kraju rodzina zamieszkała w małej miejscowości w okolicach Częstochowy gdzie Pani Wanda nie bardzo potrafiła się zaaklimatyzować, bo chodząc w Rostocku do niemieckiego przedszkola lepiej mówiła po niemiecku niż w ojczystym języku. A dzieci potrafią być najbardziej okrutne dla tych, którzy nie są podobni to nich samych.

 

Mała Wanda jednak z czasem przywykła, a rodzice też ułożyli sobie życie w Polsce. Ojciec Pani Wandy prowadził małą obwoźną księgarnię oraz kiosk z gazetami. Więc w jej domu ciągle czytało się i następnie dyskutowało w gronie rodziny i przyjaciół o spodziewanej wojnie z Niemcami. Ale też do końca wierzono, że Hitler przestraszy się siły naszej dzielnej armii i wojny nie będzie. A jeśli nawet będzie wojna, to nasi żołnierze przy pomocy sojuszniczej Anglii i Francji szybko się z Niemcami rozprawią. Jak można było w to wątpić? Przecież wszystkie gazety zapewniały o naszej potędze.

 

– Mieliśmy radio w domu, więc o wojnie dowiedzieliśmy się prawie natychmiast. My mieliśmy tylko takie małe radio ze słuchawkami. Ale taki duży i porządny odbiornik lampowy miał taki jeden właściciel sklepu, więc od samego rana słuchyć było na całą miejscowość przemówienia Hitlera na przemian z komunikatami polskiego rządu – tak Pani Wanda pamięta pierwszy września 1939 roku.  – Mój ojciec kazał zdejmować mamie ze sznurów suszące się przed domem prześcieradła, bo białe było widać z daleka. Tak się ludzie wtedy bali  niemieckich samolotów, choć teraz wydaje się to śmieszne – dodaje.

 

Po chwili Pani Wanda snuje dalej swoją opowieść: – W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat. Uciekaliśmy przed Niemcami aż pod Kielce na rowerach. Choć sami nie wiedzieliśmy gdzie i do kogo uciekamy. Najważniejsze było, że uciekamy przed frontem. Wszyscy przed wojną jeździliśmy rowerami. Cała rodzina. Na wycieczki, do lasu, nad jezioro. Więc ojciec powiedział, że na rowerach będzie uciekać najporęczniej.  Wszyscy sąsiedzi uciekali… to i my uciekaliśmy. Tak bardzo się wszyscy wtedy bali… Ale też wierzono, że jak przejdzie front to zaraz się do domu wróci.  Szosa, którą jechaliśmy zawalona była taborami z wojskiem, z rannymi ludźmi. Pełno tam było samochodów oraz wozów konnych załadowanymch dobytkiem. Wszędzie ludzie, konie, krowy, psy i kozy uwiązane do wozów. Na furmankach, małe dzieci i starzy schorowani ludzie jechali obok warchlaków i kurczaków. Nad szosą, co pewien czas ukazywał się samolot. Więc kto nie zdołał uskoczyć do lasu ginął na szosie, gdzie martwy lub ranny tarasował drogę innym.

 

– Pod Kielcami wpadliśmy prosto na niemiecki patrol żandarmerii wojskowej. Po przeszukaniu żołnierze Wermachtu znaleźni u mojego ojca brzytwę. Wtedy wszyscy golili się brzytwą. Jednak Niemcy uznali ją za broń. Obydwoje rodzice doskonale mówili po niemiecku, więc starali się oficerowi wytłumaczyć, że ta brzytwa to nie żadna tam broń. Ja wtedy cały czas bardzo płakałam niespokojna o los mojego ojca. Gdy niemiecki żołnierz to zauważył powiedział do mnie po niemiecku: nie płacz, my tylko sprawdzimy, kim jest twój ojciec. I go puścimy do domu. Żandarmi pocieszali mnie mówiąc, że to takie rutynowe działanie z tym zatrzymaniem mojego ojca, żebym nie płakała i się nie bała. Że na pewno wszystko się wyjaśni. Że ojciec na pewno niedługo wróci do domu.  No i go zabrali na ciężarówkę i pojechali. A ja na do widzenie dostałam jeszcze od niemieckich żołnierzy talerz zupy i kromkę chleba – wspomina Pani Wanda.

 

– Moja mama nie bardzo wiedziała, co ma w tej sytuacji robić, więc zostawiła jeden rower, ten ojca, na szosie i same wróciłyśmy z powrotem do domu. Przez nikogo tym razem nie niepokojone. W mojej miejscowości Niemcy już byli. Stali na rynku, mieli motory, ciężarówki. Wszyscy niemieccy żołnierze byli bardzo radośni i zadowoleni. Coś tam do mnie wołali, ale mama nie pozwoliła mi z nimi rozmawiać. A ja za bardzo się ich bałam. I tak zaczęło się pięć lat okupacji. Niedługo byłam w domu, w 1940 roku skończyłam czternaście lat i musiałem wyjechać do Niemiec do pracy. Wróciłam w czterdziestym piątym. A co z moim ojcem? Faktycznie puścili go, ale nie zaraz, lecz za trzy dni. Wrócił do domu na piechotę z tych Kielc – kończy swoją opowieść o pierwszych dniach wojny Pani Wanda.