Korporacyjny dylemat czasu, czyli jak najsprawniej wylać dziecko z kąpielą
Drodzy Czytelnicy czy wiecie, że u nas w Polsce jest przynajmniej jedna firma, która tak postawiła na szkolenia pracowników w dziedzinie sprzedaży, że już na samą sprzedaż nie starcza tym właśnie pracownikom czasu. Firma jest amerykańska, więc oczywiście czuje misje niesienie oświaty wśród ciemnego ludu europy wschodniej. Stąd ta wielgachna mnogość wszelkich mitingów, spotkań i szkoleń.
Przedsiębiorstwo to w trudzie i znoju, z udziałem kilkunastu kooperantów, po podpisaniu tysiąca umów, po wytężonej pracy setki prawników przygotowywało się przez lata do wyprodukowania produktu, który miał rzucić na kolana tak konkurentów jak i co ważniejsze klientów. Wszystko to na razie było teoretyczne, bo przecież coś, co jest warte tyle pieniędzy potrzebuje czasu na sprawdzenie wszystkich aspektów produkcji. A w Polsce nic nie jest łatwe jak trzeba załatwić formalności. Więc dział handlowy miał niełatwe zadanie sprzedać coś, co miało istnieć, ale w nieznanej dokładnym terminem przyszłości, coś wirtualnego, nie namacalnego. Firma nie szczędziła w tym pomocy swoim ludziom z działu handlowego. Przygotowano dla nich setki spotkań, szkoleń, mitingów. Spotkania z trenerami od mowy ciała, od prezentacji, od rozwoju osobowości. Podstawy metod sprzedaży bezpośredniej, trening negocjacji, zasady panujące w korporacji. Przez rok pracownicy działu handlowego dogłębnie poznali efektywne kanały sprzedaży i komunikacji z klientem. Wiedzieli jak negocjować optymalne rozwiązania i osiąganie porozumienia w trudnych chwilach. Amerykańskie metody uczyniły ich najwyższych lotów teoretykami sprzedaży.
Jednak jakoś tak w praktyce nie szło najlepiej, bo klient nie chciał kupować produktu, którego nie było. Nie bardzo wiadomo też było, kiedy będzie i jak będzie wyglądał. Jedyna pewnością było to, że będzie on jak już powstanie rewelacyjny i przez to drogi. Czas płynął a szkoleń przybywało. Już nie tylko teoria się liczyła, ale odgrywano scenki rodzajowe z udziałem pracowników mające pokazać poziom wyszkolenia kardy sprzedawców. Jak już udało się zwabić klienta to poddawany od został natychmiast do perfekcji wytrenowanej obróbce mającej na celu sprzedaż. Jednak praktyka zadawania tysiąca pytań potencjalnemu nabywcy okazała się chyba nie bardzo, bo klient wiał ile wlezie po pierwszej wizycie przepuszczając zapewne, że wpadł w łapy centralnej agencji wywiadowczej. Pracownicy chcieli nawet wprowadzić modyfikacje amerykańskiego wzorca sprzedaży dostosowując go do polskich warunków i realiów, ale okazało się, że co amerykańskie to święte.
I nadszedł ten dzień. Firma wyprodukowała to, co tak zachwalała. Jest nowy produkt, od miesięcy wyczekiwany. Jest to, co teraz można z radością za tysiące złotych sprzedać. Przy swoich biurkach jak biegacze w blokach startowych wyczekiwali świetnie wytrenowani w amerykańskim stylu pracownicy działu handlowego. Ale jakoś tak nikt nie dzwonił zainteresowany zakupem rewelacyjnego produktu? Mimo siedmiodniowego tygodnia pracy po dwanaście godzin dziennie, nic. Mimo reklam w prasie i świetnego PR-u, nic. Mimo wysiłków i poświęceń działu handlowego dokonującego cudów, aby w jakikolwiek sposób zachęcić potencjalnego klienta. Nic się nie działo. Sprzedaż prawie żadna.
Nagle wiadomość! Jest ten długo wyczekiwany, jest ten mityczny, ten posiadająca zasobny portfel i zainteresowany produktem klient! Radość było wielka, bo to przecież już od miesięcy zarząd powtarzał, że mimo tylu nakładów pracy działu trenerskiego dział handlowy nie sprzedaje tak jak powinien sprzedawać zgodnie z przesłaną z Massachusetts analizą.
Ku radości wszystkich był klient, ale okazało się ku zmartwieniu wszystkich, że nie ma czasu, aby się z nim spotkać, bo całe dnie wypełnione są szkoleniami. W poniedziałek nie można, bo jest appointment w centrali, wtorek zajęty, bo trening z metod zarządzania czasem, środa spotkanie w sprawie nowej metody prezentacji oraz miting z proaktywności, w czwartek jest spotkanie, na który będą prezentowanie scenki sprzedażowe, które następnie będą oceniane. W piątek nie można, bo to już prawie przed weekendem i trudno wymagać żeby w taki czas ktoś upoważniony z centrali fatygował się do podpisania umowy na prowincje a potem wracał w korkach. Więc może sobota? Nie, wtedy Pan od podpisywania umów ma prywatne lekcje jazdy konnej. A niedziela – wiadomo dzień Boży.
Dzięki licznym szkoleniom, kursom, mitingom wielu ciemnych rodaków, amerykańska firma wyszkoliła w trudnej sztuce sprzedaży. Firma ma oczywiście przecudowny produkt, którego cena liczona jest w tysiącach złotych. Posiada najlepiej wykwalifikowanych sprzedawców. Przynajmniej teoretycznie, bo jak na razie jej lokalny oddział niewiele sprzedał, bo nie ma tam zupełnie czasu na sprzedaż przez te szkolenia z efektywnego wykorzystywania czasu.
