Hieny w muzeum

Obublikował pavvel dnia

W moim prowincjonalnym mieście jest pomnik, który ktoś systematycznie okrada. Pewnie wielu moich krajanów tak jak ja, zadaje sobie pytanie jak to jest możliwe, że ofiarą kradzieży stał się posąg odlany z brązu przedstawiający bohatera narodowego. Oczywiście, że jest to możliwe. U nas, w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe. Raz za razem postać herosa utrwalona w metalu traciła szable. Komu jest potrzebna szabla z brązu? Można ją oczywiście oddać na złom. Można potraktować ją jako swoistą zdobycz czy trofeum, którym można się pochwalić przed znajomymi. Pewnie można. Choć wydaje się to bardzo abstrakcyjne. Zdecydowanie, motywy działania złodziei są tak dalekie od logiki, że aż niepojęte.

 

Podobnie ma się sprawa z kradzieżą w Oświęcimiu. Dziś rano wszystkie media doniosły, że nieznani sprawcy ukradli w nocy napis Arbeit macht frei z głównej bramy muzeum Auschwitz-Birkenau. Po co on komuś? Nikt nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyć. Ale fakt jest faktem. Jakiś idiota odpiłował napis znad głównej bramy dawnego obozu zagłady i go uprowadził w nieznanym kierunku. Jeśli co pewien czas dowiaduję się z gazet, że okradane są groby na cmentarzach, to pewnie nie powinienem się dziwić, że ktoś dokonał profanacji w miejscu gdzie zginęły miliony. Taki już jest ten świat, że nic nie jest święte.

 

Zastanowiłam się, co jeszcze może paść łupem złodziei. Naprawdę, jeśli jutro rano przeczytam w gazecie, że nieznani sprawcy ukradli dzwon Zygmunta znajdujący się na wieży w północnej części katedry wawelskiej to nawet się specjalnie nie zdziwię. No może tylko zastanowię się nad tym jak to jest możliwe, że ktoś zdołał tego dokonać. Podobnie pomyślałem o kradzieży w Oświęcimiu: jak to jest możliwe, że ktoś dokonał kradzieży z głównej bramy pod okiem strażników i kamer ochrony? Tak samo jak przestaje mnie dziwić to, że nikt niczego u nas tak naprawdę nie może upilnować. Niby jest ochrona, nadzór kamer, a jednak ktoś wlazł na główną bramę obozu i odpiłował napis. To przecież nie jest batonik z supermarketu, który można schować do kieszeni. To musiało złodziejowi zająć chwilę, choć jak widać, nie tak długą żeby to zauważyli strażnicy muzealni.

 

Kolejną ciekawostką jest fakt, że rzecznik Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau zapewnił, że teren muzeum jest dobrze chroniony. Jakby był naprawdę chroniony poprawnie, to pewnie nikt nie dokonałby tej zuchwałej kradzieży. Rzecznik wyraził też nadzieję, że dane z monitoringu pozwolą schwytać sprawców kradzieży napisu z bramy głównej muzeum. Też mam taką nadzieje, ale wolałbym żeby ktoś na bieżąco sprawdzał monitoring, bo chyba po to zainstalowano kamery żeby dzięki nim lepiej kontrolować teren muzeum, a nie po to żeby po fakcie zobaczyć jak można dokonać takiej kradzieży.  Jak donosi portal tvn24 złodzieje z tablicą ważącą kilkanaście kilogramów pokonali ponad 400 metrów, rozcięli drut kolczasty w podwójnym ogrodzeniu, a potem przez półmetrową dziurę w betonowym płocie wydostali się na drogę. I nikt tego nie zauważył!? Mimo dobrej – zdaniem rzecznika – ochrony.

 

Tłumaczenie rzecznika jest bardzo kuriozalne. Mnie to tej pory wydawało się, że najbardziej w muzeach są chronione główne wejścia. To mniej więcej tak jakby zorganizowana grupa przestępców o trzeciej nad ranem włamała się do wyśmienicie strzeżonego muzeum i ukradła zabytkowe drzwi wejściowe. Dla mnie kradzież w muzeum Auschwitz-Birkenau to zdarzenie kompromitujące zarząd muzeum. Tak samo jak przeraża mnie myśl, że ktoś mógł wpaść na pomysł kradzieży takiego symbolu, jakim jest napis znad bramy obozu, tak samo jestem przerażony, że tak łatwo można było tego dokonać.