Drwal miejski

Obublikował pavvel dnia

Pojawili się w okolicach mojego prowincjonalnego miasta sześć – siedem lat temu. A może byli od zawsze, tylko ja nie zarejestrowałem ich obecności. Szokowali odblaskowymi strojami, kaskami, fikuśnymi maszynami a przede wszystkim wielkimi piłami łańcuchowymi. Przewodził im zawsze człowiek z teczką na pod pachą. Z czasem drwale miejscy, bo o nich tu mowa zaczęli tworzyć zjawisko, którego nie sposób zlekceważyć.

 

Mieszkańcy mojej prowincji oraz okolicznych miast i miasteczek byli zszokowani ich zachowaniem. Ale że zawsze towarzyszył im wspomniany pan z teczką, więc myśleli ze tak po prostu być musi. Bo pan z teczką zawsze oznacza władze. Na początku zaczęły znikać pojedyncze drzewa. Jakąś topola, jaki stary kasztanowiec, brzoza czasem kilka wierzb. Ludzie myśleli, że można z nimi nawiązać jakoś kontakt. Starali się dociekać, dlaczego to wyrąbywane są w mieście coraz to nowe drzewa. Zadawali pytania na forach internetowych, pisali do gazet, dzwonili do radia i telewizji. Dziennikarze opisywali nowe zjawisko a drwale miejscy dalej wycinali drzewa. Pozostawało iść na kompromis i uzyskać możliwość opanowania tego nowego ruchu, albo postawić na konfrontacje, ale wówczas można było się spodziewać, że pójdą jeszcze dalej w wycince miejskiej roślinności. Próbowano rozmawiać, przekonywać, ale nic to nie dało. Drwale miejscy zawsze wiedzieli lepiej. I ścinali drzewa już nie pojedyncze, lecz całe szpalery drzew stojących przy placach i ulicach mojego miasta.

 

Drwale miejscy nie są lubiani. Ale nie specjalnie zależy im na opinii innych. Mają swoją piły spalinowe i wycinają wszystko, co tylko jest zielone i rośnie w mieście. Mają swoje przetargi, swoje zamówienia, swoje ekspertyzy. Swoją sieć powiązań i swój świat. Wielu z nich działa anonimowo, nie szukając rozgłosu. Ścinają sobie tak hobbistycznie, jakieś drzewko przy domu tak wieczorkiem dla relaksu. Ale najlepiej jest im w zorganizowanych grupach. Działają metodycznie. Na początku wyszukują drzewa, które w ich mniemaniu udało wy się ściąć. Musza to być drzewa wielkie, bo oni nie znoszą małych wyzwań. Potem trzeba znaleźć powód do usunięcia rośliny. Najlepszy jest taki, że to stare drzewo, że chore, że uczula, że rośnie przy drodze, więc jak nic rzuci się na przejeżdżające samochody. Potem już zakamuflowany drwal z urzędu ogłasza przetarg inny drwal już ten jawny go wygrywa. Następuje kilkudniowe wycinanie… i po strachu, ale za to przy pieniądzach można rozglądać się za nowa zieloną ofiarą.

 

Drwale miejscy nie zapuszczają się lasy. Tam jest za dużo drzew oni wolisz prostsze rozwiązania. Maja wizje –  betonowo lub asfaltowe place i ulice. Jeśli zielona roślinka to wyłącznie nowo zasadzona. Bo trzeba przyznać, że drwale miejscy sadzą drzewa i to namiętnie każdego roku tysiące nowych drzewek. Lecz przeważnie, co roku w tych samych miejscach, bo te z poprzedniego roku albo są połamane albo i tak są już dawno uschły. Prawdziwy drwal miejski nie podlewa roślin on je sadzi lub ścina. W zależności, co jest w danej chwili bardziej opłacalne. Za co urzędnik miejski zapłaci więcej. Drwale miejscy mają misje: wymianę całego drzewostanu w miastach i miasteczkach na nowy. Nic co rośnie dłużej niż 10 lat nie ma prawa istnieć. To ich cel, taki nowy świat. I nie zawahają się sięgnąć po jeszcze więcej pieniędzy na nowe piły i siekiery. Bo oni czynią to dla dobra nas wszystkich. Mają poparcie urzędników, bo wielu z nich podziela ich ideały. A tam gdzie urzędnik tam nasze pieniądze z podatków.

 

Właśnie odnieśli nowe zwycięstwo. Na obrzeżach Mazowsza jest mała kiedyś urokliwa miejscowość Chlewiska. Kiedyś jechało się do niej w szpalerze starych drzew. Aleją wiekowych pięknych i dostojnych kasztanowców. Teraz przy drodze pozostały już tylko szerokie na kilka metrów pniaki. Jeszcze kilka lat temu osada tonęła wśród zieleni teraz zostały już tylko nieliczne zielone miejsca. Faktem jest, że Chlewiska leża wśród lasów, ale to nie powód żeby wioskę i drogi dojazdowe zamienić w pustynie. Nie wiem, dlaczego wycięto ponad pięćdziesiąt starych, kilkudziesięciu a może i kilkusetletnich drzew. Nie wiedzą tego i mieszkańcy okolic. Drwale przyjechali i drzewa ścieli. Panowie stojący przed lokalnym sklepem maja jednak kilka teorii. Jedna z nich to taka, że to unia kazała ściąć, że to niby za blisko szosy stały i się chłopstwo zabijało na tych drzewach po sobotnich dyskotekach. Druga teoria to taka, że to podobno chore były te drzewa i stare. A wiadomo, jak co stare to i pewnie chore, jak głosi mądrość ludowa. Tak czy inaczej nie ma już zielonych Chlewisk. Ale za to mamy nowa subkulturę drwali miejskich.