Ciemny korytarz
W pustym domu codzienność czekania na nieuniknione. Samotne dni i jeszcze bardziej samotne noce. Dobrze, że przynajmniej zobojętniałem i to jest moja ucieczka. Dzięki Ci o Przedwieczny za farmacje, przecież szczęście to podobno dobrze dobrane leki. W moim przypadku to zdecydowanie nie jest szczęście, ale stan, który można nazwać spokojnym trwaniem z nadzieją na wyrwanie jeszcze jednego jutra.
Mijają kolejne dni a ja nie wróciłem do równowagi i już raczej nie wrócę. Jedynie ustabilizowałem moje trwanie na tyle, że mogę powiedzieć, że nadal świadomie istnieje i mniej mnie to istnienie boli. Budzie się o świecie, z dziwaczną regularnością tej pobudki o trzeciej trzydzieści osiem. Coś sprawia, że dzięki temu mam czas pomyśleć i dostatecznie nakręcić się pesymistycznie na cały dzień. I choć ten poranny rytuał powtarzał się już lat to teraz wszystkie emocje się zwielokrotniły. O bardziej odpowiedniej do tego godzinie wstaje z łózka by wykonać kilkadziesiąt zbędnych w zasadzie czynności, ale jednak przyzwyczajenie jest silniejsze.
Ja wiem, że musimy być tym, czego żąda od nas świat, musimy pozbyć się tego, co nas cieszy, na rzecz potrzeb i obowiązków, nawet nie naszych, ale społecznych, ale ja tak nie potrafię. A teraz pozbawiony wsparcia, nie potrafię tego jeszcze bardziej.
Staram się jak najszybciej wyjść z domu, bo jego samotności mnie dobija. Idę ulicami wolno, spacerkiem, nie spiesząc się, bo już nie ma się gdzie spieszyć. Idę tam gdzie mogę mniej samotnie spędzić te następne dziesięć godzin. Tam z przyzwyczajenia czytam, pisze, oglądam. Powtarzam codzienne czynności bez przekonania, ale z zadziwiającą regularnością. Jestem jak dobrze naoliwiony mechanizm. Działam, choć większego sensu w tym nie widzę.
Jestem przekonany, że moja droga wiedzie ku zagładzie. To nie stanie się dziś, nie stanie się jutro, ani po jutrze, może nawet nie za tydzień czy dwa, ale się stanie na pewno. Wszyscy jesteśmy śmiertelni. To nasze człowiecze przeznaczenie.
Teraz bardziej niż kiedyś mam za to czas przystanąć, patrzeć i podziwiać świat, który mnie otacza, i choć nie odczuwam z tego radości, to przynajmniej na tyle mnie to zajmuje, że sprawia przyjemności i to teraz dla mnie dobre.
Wracam do domu jak najpóźniej, by nie być tam sam. To mój własny, prywatny przedsionek piekła. Telewizor jest moim partnerem do rozmów. Czas przyspieszam rozcieńczając go pocieszycielką, by jak najszybciej zapaść w kojący sen. Przyszłość jawi się, jako długi, mroczny korytarz.
