Bez planów, z zaskoczenia
Wbrew sobie, i temu co często powtarzam, czasami jednak robię plany. Tak mi się po prostu zdarza. Nie takie plany na wiele lat, na dekady czy pół życia, tylko takie skromniutkie dostosowane do mojego skromnego istnienia, takie na kilka dni lub tygodni. Takie planiki. Każdy przecież na wrodzony instynkt samozachowawczy i chociaż by nie lubił swojego życia, to jednak coś go przy tym życiu na siłę utrzymuje i często są to plany na przyszłość. Tak już jest i bardzo trudno to zmienić. Jednak najgorsze w tym moim nowym samotnym życiu jest to, że jak coś już zaplanuje, to potem jak już zamierzenia się ziszczają to przychodzi rozczarowanie.
Nie zawsze jest bardzo tragicznie, ale w większości przypadków jest przynajmniej nieprzyjemnie. Zawsze jak na coś czekam, jak się na to przygotowuje psychicznie, jak się nastawie na przyjemność, jak obliczam do wydarzenia dni, to jak już to się stanie rzeczywistością to nigdy nie jest to to, co sobie wymarzyłem lub przynajmniej to czego oczekiwałem.
Najgorsze w czekaniu jest to przychodzące na końcu rozczarowanie, gdy się już doczekasz. Tyle razy sobie powtarzam: nie planuj, żyj dziś, teraz, czasem który jest ci dany tej chwili, tym co za godzinę, no najpóźniej jutro. Ale to nic nie daje, coś zawsze mnie wepchnie w to szaleństwo planowania. I tak planuje, że za kilka tygodni spotkam się z przyjaciółmi, że za tydzień lub dwa wypije i porozmawiam z innym z przyjaciół i jest po co czekać i jest, na co czekać i życie się ciągnie. I przy tym, i dlatego trwam, jak mi się zdaje. Tak przynajmniej sobie powtarzam.
A potem nadchodzi to, na co tak długo czekałem i okazuje się, że wszystko jest inaczej niż sobie założyłem. No i te cholerne rozczarowanie. Żeby było jasne, ja do nikogo nie mam żadnych pretensji, to tylko i wyłącznie moje wina, że moje marzenia nijak przystają do rzeczywistości. Po prostu powinienem przestać planować i przestać żyć przyszłością. Powinienem przestać marzyć o tym, co może się realnie wydarzyć, bo zawsze rzeczywistość okazuje się zupełnie inna niż wyobrażenia o niej. Tak wiem, jestem naiwny. Teraz wiem to znacznie lepiej, bo moim przyjaciele doskonale to mi uświadomili, choć mnie nie przekonali. Ja wiem, że zdecydowanie powinienem pozbyć się przypadłości planowania, bo to u mnie powoduje tylko jeszcze większy stres i większe rozczarowania.
Gdzieś przeczytałem, że tylko niezrealizowane marzenia są piękne i chyba dokładnie na tym powinienem poprzestać. Jeśli już coś planuje do w marzeniach. Mogę planować, że zostanę, no nie wiem, imperatorem galaktyki, bo z założenia wiem, że to tylko rojenia i to powinno wystarczyć. Nie wolno mi za nic planować realnych wydarzeń, bo za to czeka mnie kara w postaci rozczarowania i wrażenia niepełnej realizacji tego, co zaplanowałem.
Lepiej już żyć tym, co dziś, bo tak chyba jest o wiele łatwiej. Jeśli nie łatwiej dla każdego, to zdecydowanie łatwiej dla mnie. To nie jest rada, tylko opis sytuacji, bo każdy jest inny, a ja jestem ostatni który powinien dawać rady jak żyć. Ale ja dobrze wiem, że jak na coś czekam to nigdy nie jest tak jak miało być, zawsze jest gorzej. A gdy coś przychodzi bez planów, tak po prostu się staje, to czasami, rzadko, bo rzadko, ale jednak jest to coś przyjemnie zaskakującego.
