Zaraz wracam, czyli względność czasu

Obublikował pavvel dnia

Dwadzieścia dwa stopnie zimna. Stoję przy kiosku z gazetami wpatrując się w okienko, w którym właściciel zawiesił karteczkę z informacją dla klientów: zaraz wracam.  Właściwie to powinienem już odejść, bo spieszę się do pracy, ale informacja, że pan kioskarz zaraz wróci, trzyma mnie jak przymarzniętego. Gdy zatrzymałem się po gazetę, to słowa z kartki, że pan zaraz powróci, wydawały mi się jakimiś trzydziestoma sekundami. Tyle zamierzałem tam poczekać.  Tak sobie to oceniałem. Jak postałem sobie trzy minuty, to słowo zaraz, zapisane na karteczce, już mi się nie wydawało takim krótkim odcinkiem czasu. Zawsze w takich chwilach oczekiwania, na „zaraz wracających” mam dylemat, czy już mija ten określany, jako zaraz, odcinek czasu, czy może jeszcze nie. Jak już stoję te cztery minuty na mrozie, to mi się wydaje, że jak odejdę to właśnie wtedy minie to zaraz i pojawi się ten, na kogo czekam.

 

A może dałoby się dokładnie określić ile to jest to: zaraz wracam. Tak jak dało się określić w czasie, spóźnienie na wykłady studenta czy wykładowcy. Tam miarę niestawienia się, lub dopuszczalnego spóźnienia, określono na piętnaście minut. Czyli słynny studencki kwadrans. I już tam wszystko wiadomo. Piętnaście minut i po wszystkim. Nie ma gościa, więc nie ma, co na niego czekać. A tu w okienku kiosku informacja: zaraz wracam, i nie wiem, czy to zaraz dotyczy minut czy godzin. Stojąc tak wdałem się w rozważania filozoficzne nad czasem. I wydaje mi się, że chwila to jednak jest krócej niż zaraz. Jeśli widzę na drzwiach informację o tym, że pani, no na przykład urzędniczka, wraca za chwilę, to jakoś tak oczekuję, że czas jej powrotu na miejsce pracy będzie liczony w minutach pojedynczych niż w dziesiątkach minut. Choć kiedyś zdarzyło mi się czekać na lekarza przed jego gabinetem, gdy ten wywiesił karteczkę z informacją: wyszedłem na chwilę ponad godzinę. Więc nie powinienem mieć pretensji o to moje stanie z przymarzaniem, przed zamkniętym kioskiem z gazetami, bo to tak płynna miara czasu to – zaraz wracam – i przyklejonej na kiosku karteczki.

 

Problem nie dotyczy tylko takich przyziemnym sytuacji, jak kartki pozostawione na drzwiach kiosku, zieleniaka czy poczty.  Są przecież instytucje państwowe, które tak jak my maluczcy, mają do czynienia ze względnością czasu. Jak wysyłasz do urzędu pismo z prośbą o odpowiedź, to oni tam mają ustawowo trzydzieści dni na jej udzielenie. I prawie zawsze jest tak, że dostaję odpowiedź po ustawowo przyjętym terminie. Nigdy w dokładnie określonym czasie. I nigdy wcześniej. Za to zawsze później. Natomiast, jak ja spóźnię się z czymś do urzędu, to każdy dzień ma ogromne znaczenie. Czyli dla urzędu czas płynie inaczej niż dla szarego obywatela. Jak masz jeden zegarek to wydaje ci się, że wiesz dokładnie, która jest aktualnie godzina. Ale jeśli masz dwa, lub nie daj boże więcej, to już sam nie wiesz, która jest naprawdę godzina, bo możliwe, że każdy pokazuje inną. Czyli zawsze można powiedzieć, że na moim zegarku jest właściwy czas i nikt nie może mieć pretensji.

 

Ale co tam moje dylematy z czasem! Inni to mają zdecydowanie gorzej! Jak bardzo zagubieni w czasie musieli czuć się posłowie, pracujący w komisji sejmowej do spraw afery hazardowej, gdy okazało się, że ich przewodniczący całkiem inaczej oblicza czas niż inni? I to pewnie inaczej niż na przykład w oparciu o czas Greenwich. Przesłuchanie posła Chlebowskiego przed komisją trwało cały dzień i zakończyło się nieoczekiwanie ustanowieniem przez posła Sekułę nowego wzorca trwania przerwy dziesięciominutowej. Dwie minuty po godzinie dwudziestej pierwszej, przewodniczący ogłosił dziesięciominutową przerwę, która trwała jednak sześć minut. O dwudziestej pierwszej osiem, poseł Sekuła wrócił na salę obrad komisji, i choć na sali był sam, wznowił posiedzenie uznając, że przerwa się skończyła. Czyli dla wszystkich upłynęło sześć minut, a dla posła Sekuły aż dziesięć.  

 

Czas to pojęcie złożone i niejednoznaczne. Ale dotychczas wydawało mi się, że jak coś ma trwać sześć minut to te sześć minut trwa. A jak dziesięć to dziesięć. A tu sejmowa komisja dała nam przykład w osobie swego przewodniczącego, że pojęcie czasu jest względne.  Wiadomo, że czas w ujęciu filozoficznym to proces zmian niekończących się i niezaczynających nigdy. I jako taki czas nie ma żadnych reguł. Upływa sobie spokojnie we własnym i właściwym dla siebie tempie. Nie można, więc znaleźć obiektywnej miary czasu. Ludzkość jednak już dość dawno umownie przyjęła jednostkę określającą czas by łatwiej go było zrozumieć. I tak właściwie większość z nas się tych ustaleń trzyma, ale jak widać u niektórych ta niemierzalność czasu w ujęciu filozoficznym bierze górę na fizyczną stroną zjawiska.  U pana posła, przewodniczącego komisji, czas biegnie szybciej. A u pana kioskarza: zaraz wracam trwało dziewięć minut. Jak widać czas i określenia jego upływu są względne. Szczególnie jest to przykre, gdy termometr wskazuje minus dwadzieścia dwa stopnie.