Podtrzymanie życia
Czy drogi czytelnik kojarzy filmy sifi, w którym główny komputer statku międzygwiezdnego po kolej wyłącza wszystkie urządzenia i funkcje okrętu a całą pozostałą moc przekazuje tak oby jak najdłużej powstrzymać życie na statku? Pewnie, że kojarzy. Ten motyw powtarza się w prawie połowie książek, filmów czy seriali z tego gatunku. Porównując moją skromną osobę do gwiezdnego statku, to uległem nagłej i niespodziewanej awarii jakieś trzy lata temu i od tego czasu systematycznie wyłączam wszystkie swoje funkcje społeczne, życiowe i wszystkie swoje siły kieruje na to oby podtrzymać swoje życie. Choć wiem, że już nigdzie nie zmierzam i nic nie zdobywam, że dryfuje raczej, to jednak trwam.
Pewnego dnia, kilka lat temu, dostałem od życia cios i wszystko zaczęło się walić i rozpadać z zadziwiająca szybkością. Tak, wiem, że zgodnie z odwieczną zasadą ludzkiej rasy powinienem posłuchać instynktu samozachowawczego i podjąć zwycięską walkę z przeciwnościami losu i jeśli nie zwyciężyć w tej walce to przynajmniej dostosować się do nowych okoliczności. Ja jednak postąpiłem inaczej, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wrodzonym instynktom. Postąpiłem inaczej niż to nakazywałby zwyczaj i tak zwane dobre obyczaje społeczne. Tracąc miłość stracisz też nadzieje. A ja taką nadzieją straciłem wraz z miłością. I nic już nie mogło mnie podtrzymać przez tym co niektórzy moi znajomi nazywają samozagładą.
Co dziwniejsze ja od dawna podejrzewałem, że tak właśnie postąpię, jeśli znów mnie spotka samotność. Dlatego nie było to dla mnie zaskoczeniem, bo już od dawna wiedziałem, że kolejnego takiego ciosu od losu (czy istoty wyższej) nie zniosę i zacznę się zamykać w sobie. I tak się stało jak przewidywałem.
Powoli i systematycznie zrywałem więzi ze społeczeństwem, z przypisanymi mi społecznymi funkcjami. Przestało mi zależeć, bo już nie miało to żadnego znaczenia. Nie miałem już po co codziennie wstawać rano do pracy i nie miałem już dla kogo codziennie z tej pracy wracać. Nie miałem już po co się budzić i po co zasypiać wieczorem. Nie miałem potrzeby chcieć i coraz mniej miałem. Traciłem zainteresowanie doczesnością, za to doczesność nie przestała mnie nękać, bo każdy, kto żyje poza ustalonymi ramami społecznymi zaczyna stwarzać zagrożenie dla społeczeństwa i takich nieprzystosowanych trzeba jak najszybciej wyprowadzić na margines społeczny i dodatkowo napiętnować, aby stali się przykładem jak nie należy w życiu postępować.
Teraz każdego poranka wygrywam kolejny dzień. Podtrzymanie życia działa i dzięki temu codziennie rano wstaje, jem, myje się, ubieram, wychodzę z domu i do niego wracam. Czytam, oglądam, słucham, istnieje, ale bez wyznaczonego celu. Bardziej trwam niż żyje. Jadę na rezerwie – jak to ładnie ujęła moja koleżanka. Zawsze mnie to ciekawiło, co jest ze mną nie tak, że jedno, na pozór zwyczajne dla ludzkości wydarzenie tak bardzie na mnie wpłynęło, że nie potrafię już podjąć dalszej walki o to żeby w życiu być kimś i mieć przy sobie nową bliską osobę.
Wbrew temu, co mi wpajano przez lata nauki, mimo tego, co przez lata sam o sobie myślałem, tym razem nie miałem już ochoty na nową walkę i się zwyczajnie poddałem. Przez to wszystko straciłem szacunek wśród kolegów i przyjaciół. Straciłem wiarygodności w bankach, urzędach i instytucjach państwowych. I choć zawsze wiedziałem, że taką moja postawą nie spowoduje tego, że społeczeństwo zostawi mnie w spokoju i pozwoli mi zwyczajnie minimalistycznie egzystować, to zaskoczyło mnie to jak wielki wysiłek włożono w to żeby mi pokazać, że takie życie – które wybrałem nie własnej przecież woli, ale z konieczności – nie jest właściwe.
Teraz dryfuje sobie po doczesności. Czekając na cud lub na ostateczności. Dni płyną mi w samotności i coraz bardziej mam wrażenie, że jestem jak ten gwiezdny statek, który zagubił się w pustce kosmosu a jedyne co na nim działa to podtrzymanie życia.
