Ostateczność decyzji
Wiem, że zwycięstwo ostateczności nadchodzi. Czuje jak się zbliża. Słyszę jej kroki na schodach. Widzę jak zagląda do okien. Wiem, że chodzi za mną po ulicach. Przesiaduje ze mną w restauracjach. Snuje się za mną po sklepach. Towarzyszy mi na spacerach. Już prawie mieszka ze mną. Razem oglądamy telewizje, razem jemy przy stole. Zagląda przez ramie, gdy czytam i gdy coś pisze. Siedzi na skraju mojego łóżka, gdy zasypiam i jest przy mnie, gdy się budzę. Gdziekolwiek się udam ona jest tuż za mną. Dręczy mnie swoją obecnością. Swoją wytrwałością. Własną skutecznością.
Wiem, że ostateczność nadchodzi i będę musiał coś z tym zrobić. Teraz już, ta moja ostateczność, mniej niż dawniej zapowiada się telefonicznie, choć całkowicie z tego nie zrezygnowała. Jednak nadal śle do mnie dziesiątki listów żądając potwierdzenia podpisem, że do mnie dotarły. Zapewne, dlatego, żeby mieć pewność, że zdaje sobie sprawę z jej obecności.
Zawsze wiedziałem, że zwycięstwo ostateczność przyjdzie jesienią. Trwałem w zatrzymaniu życia całe lata, ale wiedziałem, że jak przyjdzie, co do czego, to będzie to jesienią. Trwałem w ten psychicznej hibernacji, bo nic na to, co się stało z moim życiem, nie mogłem, czy jak chce wielu, nie chciałem zrobić. Trwam tak od lat odliczając do końca. Teraz nie ma już dla mnie czwartków, piątków, sobót. Nie ma poniedziałków, wtorków. Są tylko dni bez nazw. Codzienne. Puste. Zlewające się w jedno szare pasmo.
Nie potrafiłem i nie potrafię żyć bez tego, co mnie do życia napędzało. Gdy tego, czy raczej jej, zabrakło to wszystko jakby zamarzło i zaczęło się leniwe trwanie. Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata. Choć wiedziałem, że kiedyś przyjdzie ostateczność i mnie opanuje, to przeważnie okazywało się, że mam jeszcze czas. Normalność dobijała się do mnie i jak ją ignorowałem. Otępiały ze smutku przeżywałem dni umierając w nocy i budząc się o świecie. Nauczyłem się żyć jednym dniem. Smutek mnie przenikał, bo żyłem przeszłością. Bałem się, bo żyłem przyszłością. Teraz jestem spokojniejszy, bo nauczyłem się żyć dniem dzisiejszym.
Jednak nadal z ciemności i bólu, strachu nocy, wyłania się strach dnia. Słyszę za drzwiami, za oknem jak szurają buciorami problemy. Słyszę kroki na schodach i wtedy ściszam się w sobie. Zapadam w nieistnienie. Udaję martwego i nieobecnego. Przystosowałem się do życia w strachu. Zszarzałem. Doskonała mimikra.
Teraz, gdy wiem jak blisko jest ostateczność jestem spokojny, bo wiem, że nie zdołam już przed nią uciec. Że to, co ma się stać na pewno się stanie. I może zacznie się coś nowego. Może lepszego, a już na pewno innego. Coś przecież w końcu ze sobą muszę zrobić.
