Dreptak codzienny nieutulony w żalu

Obublikował pavvel dnia

Nie wiem jak długo jeszcze będę krążył wokół tej samej sprawy. Czasem odnoszę wrażenie, że tak już będzie zawsze, dopóki starczy sił i życia. Chociaż ja przecież najlepiej wiem, że to, co było, i tak już nie powróci. Nie ma na to najmniejszej choćby szansy. Ja to wiem, ale nie potraf inaczej jak tylko dreptać w miejscu z nadzieją na coś, na cud chyba, bo ja wiem, na co innego? Dla mnie widocznie tak właśnie trzeba, choć wiem, że to jest niezdrowe, a może być i śmiertelne, to jednak robię to z dziwnym uporem ocierającym się o obłęd. Nie mogę się tego pozbyć. To silnie we mnie wrosło i się tam, blisko serca a daleko od rozumu, zakorzeniło. Nie potrafię tego wyrwać i o tym zapomnieć. To było, jest, i pewnie jeszcze długo będzie we mnie i chyba nie ma szans żeby kiedykolwiek odeszło.

Nie mogę, czy może jednak nie potrafię, pójść dalej. Pozostawić za sobą przeszłość, spojrzeć w przyszłość i mieć nadzieje. Za każdym razem, gdy próbuje wyruszyć w dalszą życiową drogę po kilku zaledwie krokach zawracam i znów jestem w tym samym miejscu, z którego wyruszyłem. Nie potrafię zapomnieć. Nie potrafię się pogodzić. Nie potrafię na nowo podjąć drogi, już samotnie, bo coś wciąż trzyma mnie w dziwacznej nadziei, że to wszystko, co dla mnie najważniejsze, jednak w jakiś cudowny sposób powróci. A jeśli to, co było, nie powróci to przecież i tak nie ma, po co iść dalej.

Niekiedy nachodzi mnie ochota, aby tak bez wybierania konkretnej drogi pójść dokądkolwiek dla zupełnego zapomnienia. Znieczulic się dokumentnie i zatracić zupełnie. Nie tyle wymazać z pamięci przeszłość, co ją silnie wytłumić, skryć ją głęboko w podświadomości. Zrobić na tyle dużo, aby przeszłość i przyszłość nie bolały już zupełnie, albo przynajmniej bolały niezauważalnie. Zniknąć z tego świata gdzie wszystko przypomina jak było, a już nie jest.

Ale póki co dreptam sobie w kółko. Zmniejszyłem przeżywanie teraźniejszości do jednego dnia. Tu i teraz stało się dla mnie najważniejsze. Codzienność jest dla mnie ucieczką i zapomnieniem. Te same czynności każdego dnia. Ta sama droga do biura. Ten sam rytuał z powrotem do domu. Dzień i noc. Dziele ten mój codziennie nowy jeden dzień miedzy dom i moje biuro, które stało się azylem od domu. Wypycham z głowy złe myśli, a one i tak uparcie do mnie powracają. Nie mogę ich zgłuszyć, choć wiele robię w tym kierunku. Przytępiam zmysły, ale się ich jednak całkiem nie pozbywam.

I jeszcze ta jesień. Ten mrok w oknie, gdy budzę się nad ranem i ciemność, gdy zasypiam. Te szare, brudne, schlapane deszczem, błotne, śmierdzące butwiejącymi liśćmi ulice. Ten półmrok całego dnia aż do ciemności nocy. Ta jesień mnie przymula jak wódka z tą tylko różnicą, że po niej nie mam kaca. Wszystko jest takie nijakie. Każdego dnia coraz bardziej jestem samotny.