Boleści jesiennego poranka

Obublikował pavvel dnia

Obudził się, a raczej wyrwało go ze snu, w ten sposób jakby ktoś nagle zapalił światło w ciemnym pokoju. Przez dłuższą chwile nie bardzo mógł zrozumieć, co takiego się stało. Instynktownie wiedział, że otacza go przytłumiona jasność poranka, choć oczy miał nadal zamknięte.

Postanowił rozkleić powieki i otworzyć oczy. – Pięknie – powiedział, choć chciał tylko tak pomyśleć. Powoli wracało do niego to, co było wczoraj. Za dużo, za dużo wszystkiego. Za duże tempo. Tak nie powinno być, to już nie jest ten organizm, co dawniej. Wiek już nie ten. Tak to można było działać za szczeniaka a nie teraz w jesieni życia.

Przepełniał go jakiś irracjonalny lęk. Można było śmiało powiedzieć, że był przerażony. Serce waliło mu młotem. Czuł się jak po biegu na sto metrów, a że bieganiem się brzydził, tym bardziej był przerażony swym stanem. Starając się uspokoić dyszał ciężko, wyobrażając sobie, że wydmuchuje i wdycha powietrze z papierowej torby.

Poranek, to jego przebudzenie, przypominało senny koszmar z tym tylko małym niuansem, że to nie był sen a rzeczywistość. Teraz dopiero otworzył całkowicie oczy. Spojrzał w okno. Za nim w słabym świetle poranka stała jesień w całym swoim anturażu. Mgła przesłaniała mu widok na wieżowce fabryki bez kominów, w których rzesze pracowników sektora siłowego starały się zapewnić jemu i innym obywatelom spokój i bezpieczeństwo. Poczuł wdzięczność do tych bohaterów dnia codziennego, którzy w trudzie i znoju… Boże, nie potrafił się skupić. Choć myśli o tych, co pracują – o tej nieludzkiej przecież porze – rozruszały go nieco, to nadal był słabosilny.

Dla pewności poprawnego działania parokrotnie otworzył i zamknął oczy. Zrobił jeszcze kilka głębszych wdechów i wydechów, dla większego uspokojenia. Usiłował zebrać myśli skaczące teraz przypadkowo po wspomnieniach. Z wysiłkiem przełknął ślinę.  – Trzeba wstać – postanowił. Choć to wcale nie oznaczało, że miał na to ochotę. W zasadzie to nie miał też do tego powodu, ale że tak sobie już zaplanował, to nie chciał się w takim stanie kłócić się sam z sobą.

Tymczasem leżał w łóżku przykryty kołdra po samą szyje. Mimo to nadal było zimno. – Po cholerę okno otwarte? – zapytał w myślach. Przypomniał sobie, że wczoraj wieczorem było mu dla odmiany za ciepło. To było miłe wspomnienie. Teraz jednak po wczorajszym bolały go mięśnie i większość kości. Tak, tak, to już nie wiosna życia, nawet nie lato, zima prawie. Dziś miał kaca giganta. W dodatku jesiennego kaca. Kiedyś tak się stać musiało, no i się stało. Mdliło go, w ustach miał pustynie, głowę ściskała niewidoczna obręcz. Cierpiał.

Jeszcze ta jesień z tą pogodą. Mgła, deszcz siąpi. Usiadł i zadygotał z zimna. Miał wrażenie, ze zmysły z opóźnieniem dostosowały się do pozycji siedzącej, którą teraz przyjął z nadludzkim wysiłkiem. Wstał. Wyciągnąwszy przed siebie ręce skierował swe niepewne kroki w stronę okna. Dobrnął. Teraz z czołem przyklejonym do zimnej szyby patrzył na jesienne drzewa, jesienne chodniki, na jesiennych ludzi. Z przerażeniem skonstatował, że jesienią życia kacenjamer był u niego znacznie większy.