Szkoły z internatem sposobem na uliczne korki

Obublikował pavvel dnia

Jakże pięknie było przez ostatnie dwa tygodnie w moim prowincjonalnym mieście. Wyruszałem do pracy z prawie pustego parkingu. Jechałem sobie spokojnie samochodem przez prawie puste ulice. Żadnych korków. Żadnych zatorów. Trasę z domu do pracy, którą codziennie pokonywałem samochodem w dwadzieścia pięć minut teraz, przez ostatnie dwa tygodnie, przemierzałem tylko w niecałe piętnaście minut. No istny cud! Na chodnikach też było lepiej. Żadnych tłumów.  Autobusy puste. W sklepach pustki. Ogólnie tak jakoś luźniej się zrobiło w mieście.  I trwało tak to moje szczęście, i przypuszczam, że nie tylko moje, przez dwa tygodnie. Co takiego spowodowało to nagłe rozluźnienie w zatłoczonym normalnie mieście? To proste. Dzieci opuściły szkoły i wyjechały na ferie. Czasami nawet zabierając ze sobą rodziców czy innych opiekunów. Ale wszystko, co piękne kiedyś się kończy. Nie inaczej było i tym razem. Minęły dwa tygodnie i znów wszystko wróciło do zatłoczonej i zakorkowanej miejskiej normy.

 

Dziś już od wczesnego rana, roznosił się na klatce schodowej mojej kamienicy, radosny i donośny krzyk dziatwy, która głośno oznajmiała wszem i wobec, że już jest po feriach, i że o tej siódmej trzydzieści rano wraz z rodzicami, udaje się do szkoły lub przedszkola. Potem manewrowanie na przepełnionym parkingu. I po chwili mogłem w zwartej kolumnie innych samochodów wypełnionych radosną dzieciarnią wyruszyć do pracy. Jeszcze tylko obowiązkowy postój przy każdej szkole na trasie mojej podróży. Bo przecież milusieńcy muszą opuścić samochody rodziców i na ten czas wstrzymuje się ruch na drodze.  Wiadomo przecież, do szkoły musi być bezpieczna droga. Jeden samochód zatrzymuje się „dosłownie na chwilę”, następny „dosłownie po chwili postoju” włącza się ruchu. A ja sobie spokojnie stoję w powstałym przez to korku. Powolna jazda do pracy. Mijam autobusy pełne dzieciarni z wymiętoszonymi przez tłok dorosłymi. Na chodnikach tłumy. Wszyscy już na początku dnia zmęczeni. Jak już dotrę pod biuro, to mam jeszcze kilka minut jazdy w kółko po okolicy, w celu znalezienia wolnego miejsca parkingowego. Czyli dzień, jak co dzień. Tylko w wakacje i ferie jest swobodniej.

 

I tak mi przyszła taka szalona myśl do głowy, gdy obserwowałem kolejną mamusię, która dosłownie „ na chwilę” zatrzymała się przed szkołą, aby wypuścić swoją szkolną dzieciarnię. Piszę szaloną, bo pewnie wielu rodziców przypisze mi po przeczytaniu tego, co poniżej, szaleństwo właśnie. Mianowicie chciałbym zaapelować o wysłanie naszych kochanych milusińskich na całoroczne wakacjo-ferie. A może do szkól z internatem? Jeśli przez dwa tygodnie zimowych wakacji miasto bez dzieci było takie przejezdne i przyjazne dla mieszkańców, to jakby skazać dzieciarnię na stały pobyt poza miastem to ułatwiłoby to wszystkim życie. Radykalizm? Może. Ale jak przypomnę sobie te puste drogi. Jak wspominam, pustawe, niezakorkowane ulice to napływa do mnie takie dziwne pragnienie wysłania wszystkich dzieci do oddalonych od miast szkół z internatem. Bo przyznacie, że coś w tym jest. W tej zależności między wakacjami szkolnej dzieciarni, a zakorkowanymi ulicami. Ma jedno zdecydowany wpływ na drugie? Z pewnością tak. Bo każdy przyzna, że w ferie jest bardziej pusto na drogach niż w normalne szkolne dni.

 

Fakt, że jak tak przeniesiemy dzieciarnię w góry czy nad morze, to mieszkający tam dorośli ludzie dostaną pewnie szału. Ale przecież często w telewizji słyszę narzekania górali, czy tych, co nad Bałtykiem żyją z tych, co na wakacjach, że sezon za krótki był i niewiele zarobili. A tak mieliby oni sezon przez cały rok prawie. Jak to napędziłoby naszą gospodarkę? Dzieci w internatach. Rodzice niezmęczeni obowiązkami wychowawczymi. Więcej czasu poświęcaliby na pracę zawodową. A wszyscy mielibyśmy zapewnioną bezstresową jazdę do pracy. Bezstresowe parkowanie. No same korzyści. Ale wiem, że to tylko utopia.

 

Kiedy nieśmiało zaproponowałem takie rozwiązanie gangowi mamuś i tatusiów z mojego biura, to od razu dostałem taką burę, jakbym im chciał te dzieci… no nie wiem, co, ale na pewno coś strasznego.  Nasłuchałem się chóralnej reprymendy o tym, że jestem bez serca. Że jak tak można. Bo dzieci to skarb. Że nic mi się nie stanie jak chwilę poczekam, aż kolejna mamusia korkując ulice dostarczy milusińskich do szkoły. I oczywiście usłyszałem koronny argument o tym, że jak będę mieć własne dzieci to zrozumiem. A tak pewnie cierpię na taką niewyrozumiałość przez to nieposiadanie potomstwa. I na te właśnie słowa wpadł do biura mój kolega, który spóźnił się godzinę do pracy. I już od progu zaczął narzekać: sorki, spóźniłem się, bo musiałem odwieść dzieci do szkoły. Jeszcze te korki na drogach! A w ferie było tak dobrze. Prawda? Żadnego tłoku. Taki spokój. Czyli rodzic, a mówi jak ja. I jak tu nie uwierzyć, że te korki i tłok na ulicach to przez to ze dzieci są w mieście.  Byle do wakacji.