Rozliczenia z samym sobą. Cześć pierwsza

Obublikował pavvel dnia

Dryfuje w czasie bez obietnicy dotarcia do właściwego portu. Ta moja samotność dni ostatnich. Trwam sobie w tej ciszy przed wielką burzą, która z pewnością ostatecznie zmiecie mój papierowy stateczek. Nadal istnieje, bo przecież nic już innego nie pozostało do zrobienia jak tylko czekanie. Jestem tu, choć tak właściwie już jestem skazany. Samotny w dniach ostatnich w poczekalni życia. Bez nadziej na przyszłość i bez związków z przeszłością. Zagubiony w teraźniejszości. Trwam puki życia, ale już bez nadziej na jego poprawę.

Gdy ponad trzy lata temu dopadło mnie moje przeznaczenie. Wybrało za mnie mój los i choć za wszelką cenę chciałem uzasadnić moje życie, wpisać w większą idee moje postępowanie, to przecież przez cały ten czas zdawałem sobie sprawę, że ja po prostu zwyczajnie przestałem chcieć. Do tego jednego słowa sprowadza się całe moje postępowanie. Może było w tym trochę chęci oderwania się od konsumpcyjnego społeczeństwa, próba wybrania innej drogi, ale ostatecznie przecież zawsze chodziło o tą utraconą chęć do życia. Oto, że nie było dla niego dostatecznego uzasadnienia. Nie widziałem potrzeby życia bez bliskości, miłości, przyjaźni.

Pamiętam jak przez wielu laty zaklinałem moją miłością rzeczywistość pragnąc wspólnej wieczności, bycia na zawsze razem. Gdy już zabrakło tego oparcia, coś we mnie pękło, i to co wokół mnie zaczęło się wolno, ale systematycznie rozpadać. Bez tej kotwicy miłości i przywiązania przestałem chcieć żyć a tylko żyłem trwając.

Zamknięty w depresyjnym trwaniu odliczanym kolejnym dawkami farmakologicznego uszczęśliwiania starałem się przekonać sam siebie, że dam radę, że potrafię, ale nie potrafiłem.  Bez możliwości urzeczywistnienia pragnień i bez możliwości normalności skazałem się (lub mnie skazało) na błąkanie się po doczesności w poszukiwaniu jej sensu. Może wybrałem złą drogę? Może w tym newralgicznym miejscu dokonałem złego wyboru, skręciłem w złą stronę? Kto to teraz może wiedzieć? I tak nikt o tym nie będzie za chwile pamiętał.

Na siłę chwytałem się przyjaźni chcąc nią własnie zastąpić bliskość tej, której już ze mną nie było. Zamęczałem ludzi sobą, zapominając o podstawowej zasadzie, że ja przecież jestem tylko dodatkiem do ich życia, nie jego centrum. Bo każdy ma swoją rzeczywistość, którą tworzy i w której żyje. Jeśli kogoś swoim natręctwem uraziłem, to przepraszam.