Dysocjacje

Obublikował pavvel dnia

I co się tak na mnie patrzysz? Wiem, co sobie myślisz? Myślisz, że jestem taki, jaki jestem, z własnej nieprzymuszonej woli? Chcesz żebym przyznał, że sam do tego doprowadziłem? Żebym przyznał, że jestem żałosny? Mam powiedzieć, przyznać się do tego, że jestem wiecznym przegranym? Bo przegrałem na wielu płaszczyznach, nie tylko zawodowo, ale i prywatnie? Mógłbym tak zrobić. Dla twojego bardziej niż mojego zdrowia psychicznego mógłbym tak powiedzieć. Mógłbym przyznać Ci racje. Tak, wykorzystuje ludzi! I tak, jestem cholerną pijawką!

Proszę bardzo! Przyznaje: jestem nikim i niczym! Nikt mnie nie kocha. Nie mam i pewnie już nie będę miał nikogo, kto mnie pokocha. Co ja mówię, pewnie nie będzie nawet nikogo, kto mnie przytuli, a co dopiero pokocha! No dobrze, powiedz to. Jestem wielkim przegranym. Powiedz to, proszę bardzo, powiedz to. Od kilku lat odliczałem dni zastanawiając się, kiedy się zorientujesz.  Może nie chciałem przyznać przed piękną kobietą, że nie mogę jej dać stabilizacji i związanego z tym szczęścia?

Ja ciągle szukam czegoś. Może i powinienem tak zwyczajnie zgodnie z odwiecznym stereotypem – żywić i bronić – jak przystało na prawdziwego samca? Może właśnie tak powinno być, ale ja tak nie potrafię. Co nie znaczy też, że nie próbowałem tego robić. Robiłem tak przez większą cześć mojego życia. Zarabiałem, gromadziłem majątek, ale gdy rozpadał się kolejny mój związek rozpadało się też moje życie zawodowe. Nie chce już tak dalej. To się musi raz na zawsze skończyć. Nie chce i nie mogę zaczynać wszystkiego od nowa.  Odkąd odeszłaś świat zupełnie zamarzł. Wszystko przestało mieć znaczenie. Zatrzymałem się.

Nie mam ambicji ani celów i co ciekawe, nawet nie chce ich mieć. Tak, jestem socjopatą. Nie mogę długo przebywać wśród ludzi. Ja nigdy nie zaakceptuje faktu, że „jest jak jest”. Działam w chaosie, ale to nie znaczy, że nie chce czegoś zmienić, nadać sens własnemu istnieniu. Myślisz, że dobrze jest żyć tak jak ja? Mieszkam w tym czymś? W tym gównomieście leżącym pośrodku tego gównokraju gdzie przez osiem miesięcy w roku jest kurewsko zimno a przy okazji jeszcze ciemno przez większość doby? W kraju, którym od przeszło dwudziestu jak administrują złodzieje na przemian z nawiedzonymi idiotami. Tak, wiem ty też tu mieszkasz. Ale może ty potrafisz się przystosować, ja niestety nie potrafię i dlatego każdego ranka muszę się zmuszać by otworzyć oczy i wstać z łóżka.

Tak, jestem uzależniony od nicnierobienia. Od życia, w którym twoim zdaniem i nie tylko twoim zdaniem marnuje czas na czytanie książek, dzienników, miesięczników, tygodników, blogów. Na ogładzanie seriali i filmów w telewizji czy w internecie lub na ewentualne wypady do kina. Niweczę czas na spacery bez celu, na rozmowy w przyjaciółmi (tych akurat jest niewielu), na gotowanie, na pisanie, na spanie, na gapienie się w sufit, na zakupy rzeczy kompletnie nieprzydatnych. Tak, marnuje swoje życie i energie a mógłbym przecież poświecić się samorealizacji i dążeniu do sukcesu. Mógłbym jak dawniej dyrektorować, menadżerować, pracować od świtu do późnej nocy i co najważniejsze posiadać, gromadzić, zarabiać. Mógłbym, ale już nie potrafię tego pogodzić, bo nie potrafię przełamać w sobie niechęci do świata, gdzie bogiem jest pieniądz a sukces za wszelka cenę nową religią. Nie potrafi, bo nie jestem na to gotowy psychicznie, co uroczo maskuje tworząc na poczekaniu ideologie, która moją niemoc pięknie tłumaczy i jednocześnie maskuje.

Dlaczego mam być ciebie wart? Dlaczego miałbym być wart kogokolwiek? Kurwa. Tak, ja to dobrze wiem, że niszczę wszystko na swojej drodze. Nie mam też w sobie aż tyle odwagi żeby z godnością dokonać ostatecznej autodestrukcji. Ale wiem jedno: bardzo cię kocham.