Policjant wie lepiej, zawsze wie lepiej…
Ostatnimi czasy nie miałem przyjemności, czy nieprzyjemności spotkania twarzą w twarz z funkcjonariuszami naszej policji państwowej. Ale znam kogoś, kto miał taką okazje. I jak się okazało z relacji znajomej znajomego, była to raczej nieprzyjemność niż przyjemność. Wiadomo, że przeważnie taka styczność obywatela z organem porządkowym nie jest dla tego pierwszego czymś radosnym. No chyba, że sam w nagłych przypadkach poszukuje natychmiastowej pomocy od mundurowych. Ale wtedy najczęściej nad wyraz dobrze sprawdza się stare ludowe powiedzonko o tym, że jak występuje potrzeba obecności policjanta to nigdy go nie ma w pobliżu. I zadziwiające jest to, że równie często jak nie potrzebujemy mundurowych oni jak na złość są i dają nam dobitnie znać o tej swojej obecności i swoich szczególnych uprawnieniach.
Jechała sobie pewna pani swym malutkim samochodzikiem – relacjonował mi to zdarzenie mój znajomy – po drodze położonej w starej, poprzemysłowej części mojego miasta. Przed nią toczył się wolniuteńko policyjny radiowóz. Droga wąska, a funkcjonariusze wybrali się widać, na niespieszne patrolowanie terenu. Słusznie, że patrolują – pomyślała pani – ale dlaczego tak samochodem i do tego tak wolniuteńko? I tak sobie jechali, czy raczej wlekli się drogą. Radiowóz pierwszy, za nim moja znajoma swym pojazdem. A za nimi jeszcze kilka samochodów. I nastąpił klasyczny drogowy pat. Nikt nie miał odwagi wyprzedzić samochodu mundurowych. A oni jakby czekali na tego odważnego, który nie wytrzyma presji jazdy z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i wyprzedzi. A jak wyprzedzi to… No wiadomo, co. I właśnie jak pewnie wielu się domyśla tą, która nie wytrzymała denerwującej jazdy z minimalną prędkością była moja znajoma. I jak tylko wyprzedziła radiowóz, panowie u mundurach nagle ocknęli się z letargu i w asyście migających świateł i sygnałów dźwiękowych ruszyli w pogoń by zatrzymać tą, co to wyprzedza ich pojazd patrolowy, z większa od ich powolnej jazdy prędkością. Zatrzymali panią i od razu przeszli do konkretów, czyli do wypisywania mandatu za jazdę zbyt szybką i zbyt niebezpieczną. Tak przynajmniej relacjonowała zdarzenie pewna pani mojemu koledze, a on przekazał to mnie. Ale że osoby to poważne, to raczej nie mam powodu wątpić w to, co usłyszałem.
Zatrzymali tą panią i chcieli wręczyć jej mandat. Bo prędkość jej autka była nadmierna jak twierdzili. I pewnie by wręczyliby gdyby nie to, że trafili na osobę, która wiedziała więcej od nich na temat przepisów obowiązujących na tej właśnie drodze. Moja znajoma z wrodzoną sobie delikatnością pouczyła funkcjonariuszy, że zasady i przepisy kodeksu drogowego nie mają zastosowania do dróg wewnętrznych. Z pewnymi wyjątkami, które w tym przypadku nie mały jednak zastosowania w jej przypadku. Ale policjanci upierali się, że wiedzą lepiej i nie chcieli odstąpić od czynności. Nawet przybycie właściciela pobliskiej firmy, do którego należy droga nie wzbudziła zainteresowania funkcjonariuszy. Oni wiedzieli lepiej i na nic się zdało cytowanie dosłowne przepisów, a nawet pokazanie aktów notarialnych poświadczających, że droga jest wewnętrzna, i jest własnością tego pana, a on zezwala tej pani na jazdę po swojej drodze nawet z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Funkcjonariusze stali twardo na stanowisku, że jak już są przepisy ruchu drogowego, to obowiązują wszędzie. Nawet na podwórku u Kowalskiego i nawet w przypadku, gdy Kowalski podwórka nie ma.
A tu, w tym przypadku nie jest to droga publiczna. Nie jest to droga w strefie zamieszkania. Jest to wewnętrzna droga na prywatnym terenie, który dawniej był terenem fabryki. Nie ma, co tu cytować szczegółowych przepisów, ale chyba każdy wie, że na takich drogach nie mają zastosowania przepisy kodeksu drogowego. A funkcjonariusze postanowili najwidoczniej za wszelka cenę udowodnić, że jest inaczej. Że to właśnie oni maja rację. I nic, nawet dokładne cytaty z przepisów, akty notarialne oraz oświadczenia licznych świadków nie mogły ich przekonać, że się mylą. I dopiero interwencja mojej znajomej u komendanta sprawiła, że odstąpili od czynności. Ale pewnie nadal nieprzekonani o swej pomyłce. Nie wiem, co sprawia, że jak się mundurowy zafiksuje na przekonaniu o swojej racji, to nie ma siły żeby go przekonać. Gdy policjanci z brygadą antyterrorystyczną pomyłkowo zjawiają się o piątej rano pod niewłaściwym adresem, to nie jest to wina źle przeprowadzonego wywiadu policyjnego. To oczywiście wina tych, co to leżą pomyłkowo na podłodze skuci w kajdanki pod lufami policyjnych funkcjonariuszy. Zawsze jest winny ktoś inny. I nawet jak udowodnisz ponad wszelką wątpliwość, że ty masz rację, to i tak zawsze masz takie uczucie, że nie dałeś rady przekonać. Bo to zawsze policjant ma rację. I nawet jak popełni błąd to nigdy nie przeprasza, bo przecież on nawet jak nie ma racji to ma rację.
