Dysocjacje. Ostateczności

Obublikował pavvel dnia

Oddychać, nie oddychać, oddychać, nie oddychać… za nic nie mogę się zdecydować. Bo to z jednej przecież strony jest we mnie jeszcze dość spora dawka radości życia (tak przynajmniej uważa mój przyjaciel) a z drugiej strony chciałoby się z tym wszystkim jak najszybciej skończyć i mieć w końcu święty spokój.

Czasem tak mam, że budzę się nad ranem z rozczarowania, że w nocy nie umarłem. Jestem już zmęczony życiem i związanymi z nim rozczarowaniami, a przecież nie jestem jeszcze taki stary i więc można by było pożyć. Wiem, inni mają zapewne zdecydowanie gorzej już ja, ale to moje cierpienie i mój ból istnienia i przez to jest mi on najbliższy. Wybaczcie, ale w tym przypadku trudno jest się zdobyć na altruizm. Tak, to fakt, to zawsze miło jest wiedzieć, że komuś jest jeszcze gorzej niż mnie, ale naprawdę w sprawie mojego własnego życia moje odczucia względem niego są dla mnie najważniejsze z najważniejszych. Tak, jestem trudny, nic na to nie poradzę. Tak już jest, nie zmienię tego i nawet nie chce tego zmieniać.

Ja to nawet w pewnym sensie kocham ta moją autodestrukcyjna naturę. Choć żyć z nią nie jest łatwo. Ktoś niedawno mi powiedział, że prawdziwa twórczość powinna się rodzić w cierpieniu. Gdzieś też wyczytałem, że sztuka rodzi się w chaosie. Czyli mam spełnione dwa podstawowe warunki do twórczej pracy – mówiąc oczywiście w dużym uproszczeniem i z ogromną dawka czarnego humoru. Żaden tam ze mnie artysta. Jednak zawsze uwielbiałem tworzyć. Gdy grałem w teatrze, gdy malowałem obrazy, gdy teraz pisze, to po prostu zajebiście lubię robić to, co robię i całkowicie się w tym zatracam. Tak bardzo, że czasem tracę poczucie rzeczywistości i kreuje nie tylko świat, który opisuje, ale też mój własny świat, w którym żyje realnie. I to chyba jest mój podstawowy problem. Czasem zatracam granice miedzy rzeczywistością a kreacją.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że pewien ważny dyrektor pewnej instytucji kulturalnej nie przyjmie mnie do pracy na etacie, bo za bardzo staram się pozować na artystę. – Jak kurwa pozować? – spytałem na rozmowie rekrutacyjnej, gdy mi to powtórzył prosto w oczy. – O, wypraszam sobie, ja do kurwy nędzy jestem zakurwistym artystą! Nie muszę pozować! – wykrzyczałem, na tyle głośno, żeby dotarło, a na tyle cicho żeby nie wzywać ochrony.  – Co proszę? – spytał mój ewentualny pracodawca wyraźnie przestraszony moim wybuchem. – Pan nie usłyszał czy nie zrozumiał? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, choć w zasadzie chciałem już tylko mu przyłożyć. Na szczęście w porę przypomniałem sobie, że od dziecka brzydzę się przemocą i to mnie powstrzymało. Dla podkreślenia dramatyzmu sceny rozbiłem jakiś wazonik o ścianę, po czym spokojnie wyszedłem.

Nie muszę dodawać, że pracy nie dostałem, ale za to się wyszumiałem i przy okazji zrozumiałem, że nic mnie nie obchodzi, co o mnie myślą inni i to, że chce robić w życiu to, co mnie cieszy i żyć dokładnie tak jak chce. No, i może nie potrzebnie tak nerwowo zareagowałem, bo przecież żaden tam ze mnie artysta, ale mnie kutas wnerwił. No i przecież nie po to tyle lat uczyłem się aktorstwa, żeby od czasu do czasu nie zagrać sceny jak ta z mojego ulubionego filmu.

W tej mojej zbliżającej się ostateczności dochodzę do wniosku, że ja zwyczajnie bardzo lubię zajmować się rzeczami które nie przynoszą dochodu. takie moje przekleństwo. I pewnie jest to jedna z kilku przyczyn (poczynając wiele innych) przez które jestem bezrobotny – w sensie braku codziennego, stałego i stacjonarnego zajęcia. Nie jestem łatwym człowiekiem, ale nie mam zamiaru za to przepraszać. Jestem jaki jestem.