Więcej przedwyborczego umiaru
Boję się otworzyć lodówkę, bo tam może na mnie czyhać kampania przedwyborcza Platformy Obywatelskiej. Mam wrażenie, że gdy sięgnę po karton z mlekiem, na pewno znajdę tam podobiznę marszałka sejmu, plus wiele, wiele słów zachwalających przymioty tego polityka w roli kandydata na prezydenta. Czy po otwarciu słoika z dżemem znajdę Pana Radka naszego ministra spraw zagranicznych, który przekonywać mnie będzie do wspólnych okrzyków o tym, że obecny prezydent będzie byłym prezydentem? Jeszcze nie zaczęła się prawdziwa kampania wyborcza a ja już teraz mam dość. To przerażające, jak wiele miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje sprawa wyborów kandydata na kandydata. W każdej gazecie, w każdym radiu, w każdej telewizji wszędzie pełno informacji o tych, przecież tylko wewnątrzpartyjnych, wyborach przed wyborami.
W moim prowincjonalnym mieście jest spółdzielnia mieszkaniowa licząca około trzydzieści tysięcy członków. Gdy odbywały się tam wybory do władz spółdzielni to prawie nikt ich nie zauważył. Nikt też nie prowadził tamtej kampanii z takim entuzjazmem jak nasi politycy. A przecież żyje tam i mieszka tysiące ludzi. Sprawy administrowania osiedlem powinny im, więc być bardzo bliskie. Przecież nie dotyczy to spraw dalekich. Mówi się, że koszula bliższa ciału, a jednak tak nie jest. Każdy zna polityków nazwijmy ich ogólnopolskimi, ale nikt prawie nie wie, kto rządzi na ich osiedlu. A tylko nieliczni wiedzą, kto rządzi w mieście. Najważniejsza miała być w nowej Polsce samorządność a kompletnie jej nie zauważamy. Ważniejsze są dla nas wybory wewnątrz kilkutysięcznej partii niż wybory samorządu osiedla, na którym mieszkamy. Prawie nikogo nie obchodzi, kto zarządza ich najbliższą okolicą. Lokalne gazety z wielkim zacięciem relacjonują przedwyborcze starcia kandydatów na kandydatów z partyjnych wyżyn, jednak milczą o tym, co dotyczy samorządności mieszkańców. Wiem, że bardziej jaśnieje to, co jest na wyżynach. Ale mam takie wrażenie, że dla wielu z nas władza zaczyna się i kończy w Warszawie. A to, co jest na prowincji jest tylko, jakąś polityczną poczekalnią dla skoku na stanowiska w stolicy. A przecież nasze życie nie toczy się w sejmie. Ono jest tu, obok nas, na mojej ulicy. W mojej dzielnicy. Na moim osiedlu. W moim mieście. A jednak to najmniej nas obchodzi. Nas, oraz media, najbardziej interesuje starcie między panem marszałkiem a panem ministrem.
Jak pisałem powyżej, na wspomnianym osiedlu mieszka ponad trzydzieści tysięcy ludzi i zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miało i mieć nie chciało najmniejszej świadomości, że ktoś tam kogoś wybierał do władz spółdzielni mieszkaniowej, która administruje ich domami. Za to zapewne większość może wskazać minimalne różnice między kandydatami na kandydatów na prezydenta w przedwyborczej kampanii Platformy Obywatelskiej. A przecież nie my będziemy decydować o tym, kto zostanie kandydatem na prezydenta w tej partii. To tylko i wyłącznie działacze partyjni o tym zdecydują. Niewielka, jak na polską skalę, grupa uprawnionych posiadających legitymację partyjną. Członkowie tego ugrupowania będą wybierać, kogo zechcą wystawić, jako swojego reprezentanta w zbliżających się wyborach na prezydenta. A przecież partia ta liczy tylko, a może aż, czterdzieści pięć tysięcy członków! Czyli tylko o dziesięć tysięcy więcej niż wynosi liczba mieszkańców osiedla w grodzie na prowincji. I pięć razy mniej, niż liczba mieszkańców całego przecież i tak nie największego miasta. Dlaczego więc to, co dotyczy tylko tak niewielkiej liczby partyjnych działaczy atakuje nas z każdej strony? Rozumiem, że ten, kto teraz wygra w prawyborach potem znów będzie walczył o moje głosy. Ale jeśli ja już nie mogę wytrzymać tej natrętnej wszechobecności kandydatów to, co się stanie jak zacznie się prawdziwa wojna o prezydenturę?
