Przedwyborcza gra pozorów.
Oglądałem w telewizji debatę dwóch kandydatów z jednej partii, na pojedyncze stanowisko, jakim jest urząd prezydenta naszej odrodzonej ojczyzny. Zasypiałem prawie, bo dramatyzm tego spektaklu był tak wielki, że tylko sen był na niego lekarstwem i ucieczką. Kontemplowałem sobie znudzony piękno nóg prowadzącej to przedwyborcze spotkanie posłanki, i rozmarzyłem się. Myślałem sobie o prawdziwych przywódcach. Takich, co jednym słowem, jednym gestem potrafią pociągnąć za sobą tłumy. A oglądałem w telewizji starcie, o przepraszam rozmowę o niczym. Bez wyraźnych przywódców. Ot, było to po prostu przyjacielskie spotkanie dwóch panów rozmawiających ze sobą o polityce. Nudnawo panowie kandydaci odpowiadali na zadawane im przez parę prowadzących pytania. Takie tam gadanie. Pytanko, a w odpowiedzi paplanko. Jedno pytanie i jeszcze jedna pogadanka. Przystojny prowadzący i przystojna prowadząca to najjaśniejszy i najbardziej przykuwający uwagę element spotkania.
Tak, zdecydowanie po tym spotkaniu kandydatów na kandydatów, wiem, że może i następna prezydentura jednego z nich nie będzie lepsza, ale nudniejsza to zdecydowanie tak. Oczywiście, jeśli któryś z nich przekona do siebie aż tylu wyborców żeby w wyborach jednak zwyciężyć. Teraz te przedwyborcze starcia przypominają wybory najlepszego filmu. To takie nasze maluteńkie Oskary. Tam też, na nominowane do nagrody obrazy filmowe, głosują członkowie akademii filmowej, choć do kin chodzą wszyscy. Jeden z bohaterów tego starcia zostanie wybrańcem i kandydatem na kandydata. Czyli otrzyma Oskara za widowisko, gdzie jedynymi uprawnionymi do głosowania są członkowie czterdziestopięciotysięcznej partii politycznej. A potem w nagrodę będzie mógł ubiegać się o zaszczyty prezydentury. A kandydatów do prawdziwych wyborów jest już kilku. Choć ciekawe jest to, że jest wśród nich jeden, który, mimo że nie ogłosił jeszcze chęci bycia ponownie naszym prezydentem to nie ma dnia, aby wszyscy nie odnosili się właśnie do niego w krytycznych opiniach. A może on nie będzie chciał? Może nam oszczędzi? Może tym razem nie będzie meldunku o wykonaniu zadania wśród partii prawych i sprawiedliwych? Oby tak właśnie się stało. Choć wszystko wskazuje, że takiego szczęścia to my mieć nie będziemy.
Pozory rządzą światem, a sprawiedliwość jest tylko na scenie – powiedział kiedyś Friedrich Schiller. I właśnie podczas tej debaty zobaczyłem prawdę. Sprawiedliwość była obecna na scenie w bibliotece uniwersytetu warszawskiego. Najbardziej wyrazistymi postaciami w debacie byli, co tu ukrywać ci, co ją prowadzili i zadawali pytania. Kolejny z aktorów sobotniego przedwyborczego starcia ma już mocną i nienaruszalną pozycję w platformie obywatelskiej. I czasami miałem takie wrażenie, że jest on wielkim nauczycielem, a przynajmniej gra taką rolę. Że tak w zasadzie, to już jest prezydentem, premierem i marszałkiem sejmu w jednym. Tłumaczył on swemu padawanowi – temu z mniejszym stażem w partii – zawiłości politycznej gry. Takie miałem wrażenie. Bo wielki mistrz nie szczędził uczniowi wielu złośliwości i pouczeń. Padało w tej wewnątrz partyjnej niby walce wiele słów. Najdziwniejsze z tego, co usłyszałem ze sceny, było przypomnienie przez jednego z kandydatów czegoś, co jak myślałem nigdy już z ust polityka w Polsce nie usłyszę. A tu proszę znów słyszę, o czym co blisko przypomina mi eugenikę.
Ale to tylko scena, a na niej aktorzy. Nie mogłem wyzbyć się wrażenie, że oglądam wymyśloną i w pewnym stopniu oderwaną od rzeczywiści sztukę teatralną. Kiepskie dialogi. Nie najlepsza gra aktorów. Ogólnie wiało ze sceny nudą. Najciekawsza była rola kobieca, bo to zawsze miło popatrzeć na kobiece piękno. I te słowa, słowa, i nic tylko słowa. Mikołaj Gogol powiedział: Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej. Chciałbym wierzyć w prawdziwość uczuć duszy kandydatów na kandydatów. Lecz na razie oglądam tylko spektakle pozorów nic więcej. Chyba, że bardzo, bardzo się mylę.
