Polityczni męczennicy
Z pewnym niedowierzaniem obserwuję ostatnio, coraz u nas powszechniejsze symptomy sakralizacji polityki. Nie chodzi mi o to, że ksiądz proboszcz z mojej parafii przy każdej nadarzającej się miejskiej czy państwowej uroczystości zawsze jest blisko lokalnych polityków. Raz przed nimi a raz za nimi. Ale zawsze w pobliżu. Ostatnio odnoszę wrażenie, że w polityce dokonało się coś, co na lata ją odmieni. W smoleńskiej tragedii zginęło wielu wybitnych polityków i to, że ich już nie ma zdecydowanie zmieniło naszą scenę polityczną. Ale niedobrym objawem tego, co się stało po tym wypadku lotniczym jest to, że pojawia się w wielu Polakach i Polkach wielka potrzeba szukania w tych, co tam zginęli, nowych męczenników. Przez ostatnie dwadzieścia lat mieliśmy w polityce wzorce ideowe, dawnych bohaterów bardzo od nas czasowo odległych. Gdzieś tam daleko od nas, zagubionych w naszej historii. Patrioci, dzielni wodzowie, wielcy myśliciele, bohaterowie idei. Wszyscy oni to pomnikowe postacie nadające się, jako przykłady dla ludu, ale jednocześnie tak bardzo od nas dalecy, bo żyjących przed laty. Dziadkowie pamiętają tylko marszałka na kasztance, polityków drugiej Rzeczpospolitej i o tym opowiadali dzieciom. Z tego było tylko tyle, albo aż tyle. Ale chyba od zawsze we współczesnej naszej polityce istniało zapotrzebowania na nowe wzorce bohaterów. A tak, to dostaliśmy przez tragiczny los, nowych męczenników współczesnej polityki.
W wielu wypowiedziach przeważa ton, który wskazuje na tych, co zginęli w tragicznym locie, jako na męczenników. Politycznych męczenników za naszą ojczyźnianą, polską, patriotyczną, biało- czerwoną wiarę. Wielokrotnie słyszałem i w mediach i na ulicy słowa o tych, co zginęli w lotniczej katastrofie, że oto oni tam polegli. Do tej pory wydawało mi się, że słowo te zarezerwowane było dla tych, co ponieśli chwalebną śmierć w walce z wrogiem a nie w wypadku komunikacyjnym. Ale może jest w nas tak wielka potrzeba przykładów męczeńskiej śmierci, że nie dało się o tym mówić inaczej niż używając słowa polegli. Ile to razy słyszałem, że oni tam oddali życie za Polskę, czyli całkiem tak jak chrześcijański męczennik, który oddał życie za wiarę. Jadąc dziś do biura wiedziałem wielki plakat w żałobnych barwach gdzie obok daty 1944 umieszczono rok 2010. Dla mnie stawianie znaku równości między żołnierską śmiercią a katastrofą komunikacyjną jest sporym nadużyciem. Wielokrotnie padały w mediach słowa, które w sposób znaczący zacierały istotną różnicę między stalinowskim mordem na niewinnych żołnierzach jeńcach, a dramatem katastrofy, który się tam zdarzył. To jednak nie to samo. Oba wydarzenia są dramatyczne, ale nie takie same. W tym samym miejscu prawie się dokonały, ale jednak nie tak samo.
Jeśli ktoś potrzebuje przykładów takich słów, o których piszę powyżej proszę bardzo. Nie tak dawno biskup łomżyński Stanisław Stefanek o tragiczne zmarłych pasażerach samolotu prezydenckiego mówił w wywiadzie dla radia: „zginęli męczennicy, których Bóg dopuścił na drogę Golgoty jego Syna. Złożyli największy dar własnego życia dla sprawy katyńskiej”. I stało się. Oto mamy nowych męczenników. I to naznaczonych przez dostojnika kościoła. Znów nam się tak jakby pokryła polityka z kościołem. – Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma, bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu – pisał święty Paweł do chrześcijan w Rzymie. Dobrze, jest taka od wieków u nas i nie tylko u nas, wielka tradycja w tym, że polityk u władzy jest od razu prawie namaszczany boskim dotykiem. Ale może czas zmienić tę automatyczność w opromienianiu władzy przez boską światłość. Tak samo jak jest już najwyższa pora skończyć z twierdzeniem o tym, że wszelka władza pochodzi od Boga, tak czas powiedział jasno, że ważniejsze są dla polityka u władzy jego czyny za życia. Bo sama śmierć nie czyni nikogo wielkim. Wielkość buduje się zdecydowanie za życia.
Mam nadzieję, choć nikłą przyznaję, że ci, co zginęli w Smoleńsku nie staną się jednak męczennikami polskiej polityki. Że nie będą teraz podczas wyborów ich imiona obnoszone na plakatach i bilbordach. Że ich pamięć o nich nie będzie zawłaszczana tylko dla jednej opcji politycznej. Niech nikt nas nie dzieli na tych prawdziwych patriotów i na tych, co już tak prawdziwi nie są, bo pozwalają sobie na krytykę dokonań tych, co zginęli w Smoleńsku. I niech nikt nikogo nie uszlachetnia na siłę. Bo jeszcze raz powtórzę: ważniejsze jest to, co dokonał polityk za życia. Śmierć nie jest dla niego początkiem, lecz końcem drogi. I błędem jest czynienie z ofiar tragedii świeckich, politycznych czy państwowych męczenników.
