Przenikanie wzajemne

Obublikował pavvel dnia

– Myślisz, że picie to dobry pomysł? – zapytałem. – Nie, to najgorszy pomysł – rzekł sięgając po butelkę wódki.  – Ale jedyny skuteczny, zatem w tej sytuacji najlepszy – dodał, gdy już siedzieliśmy przy stole a przed nami stały po dwa kieliszki napełnione płynem, który zaraz zmieni percepcje otaczającego nas świata. Czy na lepsze? Nie wiem. Ja nigdy tego nie wiem. To zawsze dla mnie wielka niewiadoma. Ale on chyba wiedział. Przynajmniej tak mówił. Mówił, że on już to wie od dawna.

Jest nas dwoje. Ja – ten trzeźwy i ten drugi ja – pijany. Tu już nawet nie chodzi o to, która z dwojga moich osobowości jest lepsza.  Tak samo lubię siebie, gdy pije i podobnie lubię mnie trzeźwego. Chodzi głównie o to, że będąc pijanym robiłem i robię rzeczy i załatwiam sprawy, których nigdy nie zdołałbym dokonać na trzeźwo. I odwrotnie, nie będąc pijanym potrafię to, co moja pijana osobowość nie mogłaby nigdy zrealizować.  To żaden tam Doktor Jekyll i pan Hyde. To jedna osoba, która działa w dwóch fazach nakręcenia. Jestem jeden, choć po każdym wypitym kieliszku staje się drugim, to jednak nadal przecież ten sam ja.

Jestem jednością w dwóch osobach.  Bliski hipostazy w chrześcijańskim ujęciu, choć przecież w żaden sposób nierówny i nieporównywalny do Tego, co jest jednością jednym w trójcy. Na Jego obraz i podobieństwo stworzony, choć przecież po wielokroć już upadły i od Niego oddalony. Żyjący w oddzieleniu od jego światłości. Na pograniczu światów. W cieniu, w mroku, w ciemności lub w jasności dnia oczekując mroku. Upijam się by wytrzeźwieć i trzeźwieje by znów pić.

Dzień po dniu. Godzina po godzinie. Bez wyraźnego celu. Tak sobie żyją w wielkiej przyjaźni te moje dwa oblicza jedności. Moje trzeźwo myślące ja do użytku dziennego i to drugie moje ja wieczorowo – nocne, które o poranku znów przeistoczy się w tego, co poprawnie funkcjonuje w ramach społeczeństwa. Wieczne przeistoczenia.

To nie tak, że jak pływa we mnie alkohol to staje się potworem i zyskuje moce niszczycielskie. Nic z tych rzeczy. Jestem raczej potulny, spokojny, opanowany. Tylko mam tą zdolność, która sprawia, że wydaje się, że wszystko mogę, że wszystko jestem możliwe. Jestem zabawniejszy, bardziej wygadany, odważniejszy w kontaktach międzyludzkich, znacznie radośniejszy. Szarmancki i otwarty wobec kobiet. To tak jakbym miał większe chęci do życia i wiedział, że to życie będzie dla mnie dobre cokolwiek bym powiedział czy zrobił. Wierze, że to co zaplanuje doprowadzę do końca. Mam w sobie tą ufność, że wszystko będzie dobrze. A jak alkohol spowoduje, że już nie panuje nad własnym ciałem, nogi się plączą a język jest zbyt giętki żeby wyrazić myśli to nie popadam w agresje. Spokojnie kieruje się do domu gdzie bezkonfliktowo zasypiam, by obudzić się niestety trzeźwy.

Trzeźwy, czyli zlękniony. Bo już po przebudzeniu wiem, że nie czeka mnie nic dobrego. Najczęściej nie miewam kaca w potocznym tego słowa rozumieniu. To raczej wielka tęsknota, że już nie jestem tym, kim byłem. Czuje lęk przed dniem. Uczucie beznadziejności wypełnia każdy atom mojego ciała. Nie mam ochoty na to żeby wyjść z domu. Nie chce nikogo widzieć ani z nikim rozmawiać. Opanowuje mnie strach przed ludźmi. Boje się spotkań i zwykłych nic nieznaczących rozmów na ulicy.  I żeby wszystko było jasne, bo to sprawdziłem po wielokroć. Nie szukam okazji żeby znów wypić. Nie musze w sensie uzależnienia. Mogę i chce, ale nic na siłę i nic nie muszę. Potrafię nie pić tygodniami i więcej. Tylko, po co? Życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia – jak mawiał klasyk. Na trzeźwo działam jak automat. Wykonuje życiowe czynności, które żyjąc w społeczeństwie muszę wykonać na trzeźwo. Bo tak trzeba, i nawet o tym wiem, że tak trzeba. Ale nie jest to dla mnie dobre.

Teraz, gdy wspiera mnie farmakologia to już nawet nie muszę pić. Tęsknie za wódką. Za tym ciepłem rozchodzącym się po pierwszym wypitym kieliszku. Za tym przypływem energii i euforią po kolejnych łykach tej przecudownej substancji. Tęsknie za, w jaki stan wprowadza mnie alkohol. Za tym prostym stanem wiary, że wszystko będzie dobrze, że jakoś to będzie. Tylko po pijanemu naprawdę wierze w słowa dobrego wojaka Szwejka, że jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Na trzeźwo nie jestem już człowiekiem tak głębokiej wiary. Wtedy bardziej wątpię.

Tak sobie żyjemy we wzajemnej symbiozie. Trochę tu, trochę tam. Jedno bez drugiego nie istnieje.