Czynią miłość w miejscu publicznym

Obublikował pavvel dnia

Czy się to komuś podoba czy nie podoba, czasem tak bywa, że jeśli ktoś musi… To najwidoczniej musi, bo inaczej… No nie wiem, się udusi? Jak przyjdzie człowiekowi ochota na miłość to nie ma znaczenia miejsce i czas. Przecież każdy wie, że najważniejsze jest, żeby dwie osoby miały ochotę jednocześnie, a takie sytuacje nie zdarzają się często. I jak kobieta i mężczyzna, chłopak i dziewczyna nie mogą wytrzymać napięcia, a do domu daleko, to czasem może się zdarzyć, że nie wytrzymają właśnie tego napięcia i zaczynają robić miłość w miejscu publicznym. Bo jeśli w domu nie mogą? Jeśli tam nie ma warunków? Jeśli tata i mama zabraniają się całować i pieścić, bo wiara zabrania im nawet o tym myśleć a co dopiero czynić? To właśnie, co ma czynić taka para, co to ma wielką i niepohamowaną chęć na miłość, a miejsca, w sensie czterech ścian, nie ma do ustronnego czynienia tej miłości? Taka para przymuszona przez naturę robi to tam gdzie ich ta chęć na miłość zaskoczy. – Jak spółdzielnia reaguje na „miłość”, która odbywa się przy zamkniętej kładce na skarpie w biały dzień? – Pyta redakcję biuletynu spółdzielni mieszkaniowej Ustronie pani Wanda. Warto nadmienić, że osiedle to jest gigantycznym blokowiskiem a problemy, o który zapytuje gazetkę pani Wanda, nie jest jak mi się wydaje najważniejszym problemem tego osiedla. Nie dalej jak wczoraj powiesiłem tam reklamę mojej firmy, a wytrzymała ona w stanie nienaruszonym i to w biały dzień tylko dwie godziny. Dlaczego ta uważna i spostrzegawcza pani Wandzia nie wyglądała wtedy przez okno lustrując okolicę? Może zobaczyłaby wandala, który zniszczył moją własność? Ale los chciał, że co innego zobaczyła ta pani i jak się domyślam o innej porze dnia. I inne zasady moralne zostały tu naruszone.

 

Czytelnikowi nieznającemu topografii mojego prowincjonalnego miasta a tym bardziej tego osiedla, o którym mowa w liście do biuletynu wyjaśniam uprzejmie, że zamknięta kładka to mostek przeznaczony dla ruchu pieszego łączący dwie skarpy, między którymi w dole biegnie osiedlowa droga. A zamknięte jest to przejście dla pieszych, bo nieremontowane od dwudziestu przeszło lat po prostu rozpada się ze starości. I korzystanie z tej konstrukcji groziło nieszczęściem znacznie większym niż to opisywane przez panią Wandę. Jak jest pytanie to i jest też odpowiedź. Więc dziennikarz z biuletynu osiedlowego odpowiada: – Pani Wando, swoim pytaniem odpowiedziała sobie pani na nie sama. Spółdzielnia to pani, pani sąsiedzi, – czyli my wszyscy mieszkańcy osiedla. Fakt. Nie można się nie zgodzić z przedstawicielem redakcji. Zasady spółdzielczości są jasne. Wszyscy mieszkańcy to wielka rodzina a jak to w rodzinie, zdarzają się rożne skandale. I nawet te obyczajowe nie są jej obce. –  Domyślam się, że sugestie były skierowane pod adresem administracji czy samego zarządu – odpowiada dalej pani Wandzie pan redaktor biuletynu. – Z moich informacji, które posiadam, gospodarz osiedla w osobie administratora czy też prezes, nie mają uprawnień do wystawiania mandatów osobom „miłującym się” w biały dzień – choćby w okolicach zamkniętej kładki. Mieszkańcy widząc takie sytuacje powinni reagować wzywając na pomoc policję czy straż miejską, celem ochłodzenia temperamentu młodych ludzi – radzi redakcja.

 

Bardzo słusznie! Jak tylko zobaczymy całującą się namiętnie parę to od razu należy chwytać za telefon i informować, alarmować, wzywać na pomoc służby mundurowe. Jak tylko ktoś okazuje sobie trochę namiętności, no dobrze, nie w miejscu do tego przeznaczonym, ale jednak namiętności…To, co? To należy natychmiast wezwać strażaków z sikawką żeby ostudzić ich żądze. Ci młodzi to się tam raczej całowali, a nie bili po mordach. Nie wyładowywali agresji na cudzej własności niszcząc ją. Jakby się nakładali pięściami po twarzach i kopali po tyłkach, to raczej należałoby wezwać policję, straż miejską, wojsko, strażaków i kogo się tam jeszcze da. A jak tylko robili „ miłość” – używając słów z osiedlowego biuletynu – niech tak dalej robią w spokoju. Bo może to lepiej, że ktoś czyni miłość nie wojnę. Że ktoś się całuje namiętnie w miejscu publicznym, a nie wyładowuje fizycznie na wiacie przystankowej. –  Kilka lat temu byłem świadkiem podobnego wydarzenia – zwierza się redaktor biuletynu pani Wandzie oraz czytelnikom – które miało miejsce na ławce obok stawu przy (…). Oburzenie osób przebywających nad stawem było oczywiste. Służby mundurowe po przybyciu na miejsce zaprosiły „kochanków” do radiowozu. W jakim celu? Ważny jest fakt, że mieszkańcy osiedla interweniowali błyskawicznie by zapobiec zgorszeniu. No i zapobieżono zgorszeniu! Ów tysiące mogą spokojnie spać czy raczej spoglądać przez okna. Pani Wanda i pan Redaktor stoją na straży moralności. Ciekawe jest tez to, że ta zapomniana przez Boga i urzędników okolica skłania do takich namiętności. Nie żaden tam park. Nie łąka, wonnym kwieciem umajona. A osiedlowa kładka i brzeg mulistej sadzawki są miejscem do okazywania sobie gorącej – jak wynika ze zgorszenia pani Wandy i interwencji policji – miłości. I jeszcze ta interwencja służb! Nie dość, że młodzież niewyedukowana, seksualnie, to jeszcze ma wrażenie, że robi coś złego. Bo na ich namiętność reagują czujne służby. Tak mi się przypomniały słowa piosenki: Moja pierwsza wielka miłość. Zaczęła się i nagle skończyła boleśnie…