Cudów nie ma
Mam przepuszczenie graniczące z pewnością, że raczej nigdy nie wystąpię w tańcu z gwiazdami. Nie dla mnie takie programy telewizyjne gdzie trzeba tańczyć. Nie dlatego nie wystąpię przed kamerami, że ze mnie żadna taka wielka gwiazdą ekranu małego czy dużego. Bo przecież nie raz słyszałem, że ze mnie niezła gwiazda. Więc dlaczego, ktoś zapyta? Ano dlatego nie wystąpię w takich ju ken densach za nic na świecie, bo po prostu nie posiadam żadnych umiejętności tanecznych. I choćbym się nawet bardzo starał to i tak wiem, że nic z tego nie będzie. Już dawno się pogodziłem z faktem, że nie dla mnie stworzono taniec. Tak już jest i nic na to nie poradzę. Ale przyznam, że czasami jak przesadzę z rozluźnieniem mięśni ciała przy pomocy legalnych środków odurzających, to tak mnie jakoś nachodzi ochota na pląsy, że nie mogę się powstrzymać i jednak tańczę. Ale przecież stan upojenia w jakim oddaję się czynnościom tanecznym nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem aby nazywać się zawodowym tancerzem. A to co wyprawiam z rękoma i nogami w żadnym wypadku nie nazwałbym profesjonalnym tańcem. To, że w stanie wskazującym czasem wywijam chołupce, nie jest też dla mnie pretekstem, żeby zebrać jedenastu takich do mnie podobnych nastajaszczych dansorów i stworzyć z nich drużynę zawodową. Nie żądam dla mnie od razu budowy wielkich sal tanecznych. Nie chciałbym też bezpośrednich transmisji telewizyjnych moich popisów w najlepszym czasie antenowym. Jestem tylko amatorem i na wieki takim pozostanę. No chyba, że nagle spłynie na mnie łaska boża w postaci talentu, to może wtedy po wielu próbach i po wielu latach mozolnych treningów zdecydowałbym się na nazwanie się kandydatem na kandydata na zawodowego tancerza.
Ale tak mam ja. Bo w naszym pięknym kraju – gdzie każdy poranek przynosi mi nowe zadziwienie otaczającym mnie światem – niczego nie można być na sto procent pewnym. W Polsce każdy może być kim tylko chce, jeśli jest o tym święcie przekonany. Bo często z braku profesjonalistów ludzie głębokiej wiary w swoje umiejętności, zastępują amatorami tych którzy coś jednak potrafią. To znaczy jest w naszym narodzie wielu, no przynajmniej jedenastu takich, którym wydaje się że są tymi za kogo się pewnie uważają. I nawet znajdzie się w nas bardzo wielu takich ludzi, którzy w to, że amator jest zawodowcem na światowym poziomie, uwierzą i nawet mu będą temu – przeświadczeniu – kibicować. Ja wiem, chcieć to móc. Słyszałem też, że tylko chęć szczera jest ważna. Że nie umiejętności, a wola walki to jest to właśnie, co nas wyróżnia. Że ważne jest uczestnictwo, a wynik już mniej ważny. I tak zapewne jest. Ale czy rzeczywiście potrzebna jest nam taka wiara w to, że mamy w Polsce zawodowych piłkarzy. I zawodowstwo traktuję tu jako umiejętność na takim poziomie, który nie jest tylko amatorskim staraniem się o to żeby nie być śmiesznym, ale coś prawdziwego co połączy talent z zapałem. Od lat słyszę że tym razem… że jak się zbierzemy… że jak się zaprzemy… że jak przyjedzie ktoś ważny i nas nauczy…że jak stadiony sobie pobudujemy na światową skalę, to od razu w tych, co na zielonej murawie piłkę kopią, taki duch wstąpi, że mistrzem świata zostaniemy w dwa lata. Czy w cztery – zależy od okoliczności.
I znów oglądam w telewizji ponownie odrodzoną po kolejnej porażce drużynę marzeń. I znów wielu wierzy, że wystarczy tylko chcieć, a umiejętności wystarczy do zwycięstwa. Polacy mieli nauczyć się rywalizować z najlepszymi. Bo jakaś pokrętna logika działaczy każe wystawiać Dawida przeciw Goliatowi w nadziei, że ten, może jakimś chłopskim sprytem wiedziony, pokona tego przeciwnika z innej ligi. Jednak znów zamiast przynajmniej rywalizacji był pogrom. Oczywiście można zawołać chóralnie: chłopaki nic się nie stało. Ale po co? Przecież wiadomo że się stało. Przegraliśmy 6:0 z Hiszpanami, którzy niewątpliwie wiedzą po co wychodzą na boisko. Różnica między drugim zespołem świata w rankingu FIFA, a drużyną, która kończy to zestawienie okazała się gigantyczna. Hiszpanie zabrali Polakom piłkę i przez cały mecz nie chcieli jej oddać. No i właśnie dlatego ja nigdy nie będę tańczył z gwiazdami. Bo wiem że nie potrafię. Więc może warto jest w końcu przyznać, że nie bardzo nam, Polakom wychodzi kopanie piłki w narodowym zespole. Bo tak solo, i do tego u innych – zagranicą najlepiej – to nam się jakoś talent do gry objawia znacznie lepiej. Nie wiem? Pieniądze tam inne? Może kwestia szkolenia? Motywowania? Tylko, że tam nie spinają się tak bardzo zawodnicy pozując na gwiazdy, tylko otwarcie przyznają, że jako amatorzy zrobią wszystko co się da i co będą mogli. I takim amatorom co to przyznają że niewiele potrafią jest łatwiej. Bo nikt po nich cudów nie oczekuje. Może warto przyznać że się kocha piłkę i gra dla przyjemności, a nie oczekiwać od tych miłych amatorów, że zwyciężą z zawodowcami. A może warto wrócić do korzeni. Grać amatorsko szlifując przez najbliższe lata umiejętności. Nie napinać się na światową skalę. Może tak praca u podstaw? A potem za wiele lat… Zobaczymy. Bo teraz to raczej nie warto wystawiać drużyny amatorów na taki, na zawodowym poziomie, mundial. Ale ja się przecież nie znam, bo nawet tańczyć nie potrafię. A jak wiadomo w Polsce każdy zna się zawodowo na tańcu i na piłce nożnej. Między innymi oczywiście.
