Bieda wybory

Obublikował pavvel dnia

Od pewnego czasu słyszę, że ja stoję tu, a inni, ci ważniejsi, lepsi stoją w innym miejscu. To znów ustawia mnie ktoś na siłę w szeregu, a innym razem mam przyklejoną łatkę z napisem wyborca taki to a taki. I do tego muszę się zawsze określać ze swoim światopoglądem jakby to była sprawa życia i śmierci. Mam wybrać gdzie chcę stać, kogo popierać, na kogo zagłosować. Bo najważniejszy jest przecież sam akt wyboru. Mam wybierać między tymi samymi politykami, bo jak mnie zapewniają od dwudziestu przeszło lat, gdy im zaufam to już na pewno w najbliższych kilku latach zapewnią mi dobrobyt tak wielki, że wprost niewyobrażalny. Ale wcześniej muszę iść na wybory i wybrać. Bo jako obywatel mam taki obowiązek. Obserwując nasz świat polityki dochodzę do wniosku, że zdecydowanie żyjemy w dwóch oddzielnych rzeczywistościach. Odnoszę wrażenie, że taki normalny, zwykły szary człowiek mieszkający na prowincji, przygląda się polityce i politykom tak jakby oglądał serial w telewizji. A teraz to już w okresie przedwyborczym, z racji potrzeby spełnienia obywatelskiego obowiązku, tak bardziej interaktywnie będzie Polak szarak, uczestniczył w polityce. Teraz to już dokładnie będzie jak w tańcu z gwiazdami. Będzie można zagłosować na faworyta, który ma szanse zostać naszym ojcem narodu. Gdyby to jeszcze można było wysłać esemesa, a nie iść do lokalu wyborczego, to już byłaby pełnia szczęścia.

I tak żyjemy sobie od jednych zapewnień wyborczych do następnych. I wybieramy, ufając że może tym razem się uda. Ale zaraz po wyborach słyszę od polityków i urzędników państwowych że nadchodzą czasy przejściowych trudności. A warto je przetrzymać, bo już za chwilę nowe wybory i znów można będzie zaufać tym kolejnym, którzy mają lepszą receptę na nasz dobrobyt. Wszystko to przypomina sytuację, o której mój przyjaciel zwykł mówić: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Od tak wielu lat wdrażamy w gospodarce to, co ma być receptą na narodowe życie w dobrobycie, że czasami zapominamy że nie wszyscy mają lepiej. Bo coś jest jednak nie tak z naszym politycznym kierownictwem, jeśli następujące po sobie rządy, zafundowały nam ceny jak w bogatej Europie, a zarobki jak w najbiedniejszych częściach naszego kontynentu. I tu warto zadać sobie pytanie o kierunek marszu czy jest on słuszny, jeśli prawie siedemnaście procent Polaków jest zagrożonych ubóstwem jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego. I choć każdy z kandydatów na ojca narodu ma tysiące światłych rad i tysiące recept na usprawnienie mi i innym Polakom życia, to raczej nie słyszałem, żeby ktoś wiedział jak przeciwdziałać rozrastającej się polskiej biedzie. I chyba nikt z polityków nie wie, co zrobić, by ten problem rozwiązać. Gorzej jest tylko w Rumunii i Grecji.

Z badań Eurostatu – Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że Polska jest wciąż jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nasz kraj sklasyfikowano na jedenastym miejscu wśród europejskich państw pod względem panującej w nich biedy. Według danych Eurostatu jedna trzecia Polaków żyje na skraju nędzy. I naprawdę ciekawe jest to, że tym ludziom wmawia się, że choć nie stać ich na nowe buty, to przecież mogą swobodnie wybierać za jakiego prezydenta mają klepać swoją biedę. Co piątemu obywatelowi naszego kraju nie wystarcza pieniędzy na ogrzanie domu. Dwadzieścia jeden procent ludzi nie może sobie pozwolić na mięsny obiad co drugi dzień. Siedemnaście procent ludzi może tylko pomarzyć o kupnie samochodu. Ale wybrać prezydenta może każdy, a nawet powinien! Tylko jak tu wybierać jeśli ma się do wyboru zło i mniejsze zło. I tylko jedna pewność że nic się nie zmieni, bo każda ekipa polityków już przez te dwadzieścia lat rządziła, a bieda u nas tylko tylko rosła. Jest coraz więcej takich co mają dość obiecywań. Mają dość tylko wiary i nadziei. I tu przebiegają prawdziwe podziały. Dla tych, którzy nie mają za co żyć, nie jest ważne gdzie stało ZOMO, a gdzie stoją prawdziwi Polacy . Nie jest ważne, czy Bronek czy Jarek zasiądzie w pałacu. Nie obchodzi ich czy w kraju jest wojna polsko – polska. Czy może trwa polityczny festiwal miłości. To wszystko jest mniej ważne gdy trzeba zapłacić zaległy rachunek za prąd. A prawdziwe wybory są wtedy gdy do końca miesiąca zostało w portfelu dziesięć złotych i nie bardzo wiadomo na co to wydać, żeby przetrwać do następnej pensji. To są prawdziwe wybory. Reszta jest nierzeczywista.