Nie dobrze

Obublikował pavvel dnia

Pływam w beznadziejności własnej egzystencji. W nieprzyjemnie przyjemnym chaosie codzienności.  W nieustalonym jak dotąd, ale przecież tak ustawicznym stylu dowolnym zamiatam bezradnie łapkami w zimnej, mokrej, lepkiej rzeczywistości kolejnych tygodni, miesięcy, lat. Staram się utrzymać na powierzchni. Przeżyć, nie utonąć. Istnieć. Bez nadziei na wypłyniecie na szersze wody chlapie się tylko w bajorku codzienności, który i tak zdaje mi się oceanem, bezmiarem chaosu. Jego nieprzenikniona głębia mnie przeraża a silne prądy rzucają moją doczesnością na wszystkie strony.

– Jesteś kapitanem swojego okrętu – wmawiają. No, i oto jestem. Stoję dumnie w drewnianej balii pod piracką flagą na maszcie z kija od szczotki.  Macham zawzięcie jednym wiosłem starając się wypłynąć na spokojniejsze wody. Jak pan Maluśkiewicz w łódeczce z orzecha tak i jak w dryfuje sobie przez życie lub kręcę się tylko w kółeczko.  Dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Pośrodku niczego.

Nie potrafię robić planów. Nigdy tego nie potrafiłem. Taką mam przypadłość. Znam osoby z bliższego i dalszego mojego otoczenia, co mają już dokładnie zaplanowaną przyszłość, co do dnia. Wiedzą doskonale i w szczegółach to, co będą robić, co czytać, co zjeść, co i kogo odwiedzić, gdzie będą mieszkać i z kim, gdzie pracować przez najbliższe dwadzieścia lat. Tak samo planowali już pewnie w wieku lat piętnastu. Dokładnie wiedzieli, jakie szkoły skończą, na jakie studia się wybiorą, jaka będzie ich pierwsza praca, ile będą mieść dzieci i jakie te dzieci będą nosić imiona. Mają po prostu zaplanowane i dokładnie poukładane całe swoje życie. A ja nie? Ja nawet nie potrafię dokładnie powiedzieć, co będę robił za sześć godzin, a co dopiero za tydzień, za miesiąc lub za rok. To jak można w moim przypadku mówić o jakichkolwiek planach? U mnie panuje kompletny chaos. Nie mam kompletnie zmysłu planowania. I dlatego czasem moje życie wygląda jak przypadkowa akcja ratunkowa po sztormie na morzu.

Teraz, gdy dobiło mnie życie i upadłem, tak w świetle prawa również upadłem, to już kompletnie nie widzę dla siebie przyszłości. To wszystko, co zgromadziłem przepadło w kilka tygodni i teraz jestem sam i do tego bez niczego. To, co jeszcze miałem w sensie materialnym wartościowego rozdałem, bo chciałem żeby mnie ktokolwiek zapamiętał. Myliłem się nikt o mnie nie pamięta, a w radośniejszej wersji pamiętają tylko nieliczni. Moje życie zdaję się bez znaczenia.

– Co słychać? –pytają. A ja już nawet nie mam siły narzekać. Więc mówię tylko, że dobrze. Że jest dobrze, choć przecież wcale nie jest dobrze. Nie narzekam, bo i tak by nikt tego nie słuchał. W końcu się tego nauczyłem. Czasami bredzę, mam wrażenie, że jak będę krzyczał to ktoś mnie usłyszy. Ale przecież nawet jakbym krzyczał, to i tak nikt nie usłyszy mojego krzyku. Przyznaje, zajęło mi to parę chwil nim to zrozumiałem, a nawet więcej niż parę, ale w końcu to do mnie dotarło. Teraz wiem. Nikt mnie nie słucha, w zasadzie wszyscy mają w głębokim poważaniu to, co mówię i to co pisze. I to chyba jedyny powód, dla którego zdecydowanie ograniczyłem narzekanie. Ale całkowicie się go nie wyzbyłem, bo ja po prostu uwielbiam narzekać. Każdy ma jakiś nałóg, jakieś małe zboczonko.  Ja mam swoje narzekanie.