Data ostatecznego końca wszystkiego

Obublikował pavvel dnia

Definitywny koniec świata nastąpi 25 września 2135 roku. Naukowcy z NASA ostrzegają, że w kierunku ziemi leci gigantyczna skała i nikt, ani nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Za sto siedemnaście lat ostatecznie skończy się życie na naszej planecie. To zupełnie zmienia perspektywę. Już nie wydaje się dobrym pomysłem praca w pocie czoła, ciułanie grosza do grosza, zbieranie na emeryturę w sytuacji, kiedy cześć tej emerytury przypadnie po czasie. Po czasie ostatecznej zagłady.

Sam już nie wiem czy to złe, czy raczej dobre wiadomości. Dla tych, co mają niespłacone kredyty, to chyba dobre wieści, bo przecież już nie muszą się martwić, co będzie z ich długami po 2135 roku.  Potem już przecież nic nie będzie. Dla tych starszych z nas to chyba nieszczególnie wiele zmienia zważywszy cykl naszego życia. Zaczynamy przecież umierać już w chwili narodzin. To tylko liczne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne wpływają na długość naszego życia. I tego, że ostatecznie umrzemy nic nie zmieni. Ale do tej pory nikt nie wiedział dokładnie, kiedy nastąpi jego koniec. Teraz jest, no dobrze, może tak być. Bo jeśli nie rozjedzie nas autobus, nie zginiemy w inny przypadkowy sposób lub nie umrzemy z przyczyn naturalnych to i tak 25 września 2135 roku wszyscy wyparujemy w jednym momencie. I to będzie ostateczny koniec wszystkiego.

Naukowcy ustalili i nie jest to teoria, a w zasadzie fakt, że w stronę Ziemi leci asteroida Bennu. Ma około 500 metrów średnicy, waży 77 miliardów ton, okrąża Słońce raz na 436 dni i z każdym okrążeniem zbliża się o 300 000 km do naszej planety. Według obliczeń naukowców z Uniwersytetu w Arizonie, prawdopodobieństwo kolizji wynosi 1: 2700, czyli znacznie więcej niż prawdopodobieństwo wygranej w totka. W skali kosmicznej to niemal pewność. Uczeni ujawnili, że nawet najbardziej zaawansowana technologia może okazać się niewystarczająca do zmiany toru lotu tak gigantycznej skały.

Myślałem czasem o tym jak bym się czuł znając dokładną datę swojej śmierci. To dość dziwna sytuacja, tak dokładnie wiedzieć, kiedy się odejdzie do wieczności. Co prawda zawsze w takich chwilach zakładałem, że odchodząc z tego łez padołu zostawię przy życiu ludzkość, ale w tym przypadku wygląda na to, że wraz ze mną zejdą wszyscy. Więc żal z odejścia też jest jakiś taki znacznie mniejszy. Żeby nie powiedzieć żaden. Zawsze miałem o naszym gatunku nienajlepsze zdanie, więc raczej nie będę płakać po tym, że nas nie będzie po nagłym bum spowodowanym zderzeniem ziemi z kosmiczną skałą. To chyba znacznie lepszy pomysł niż powolna samozagłada ludzkości w wyniku wojen, katastrof ekologicznych, chorób zakaźnych czy walk religijnych.

Byłem dziś u lekarza. Konował po zerknięciu w papiery, czyli bardzo wnikliwym badaniu, bo byłem badany całe dwie minuty, a na polskie warunki to prawdziwy rekord, stwierdził, że nic mi nie jest i że w moim wieku trzeba się przyzwyczaić do tego, że coś tam w organizmie działa gorzej niż jak byłem młodszy. Na początku pomyślałem, że to fatalnie. Jestem przecież jeszcze w pełni sił, a tu mi doktorek serwuje tekst o tym, że jest już zepsuty ze starości. – Jak tu dotrwać do naprawdę późnej starości? – zastanawiałem się. Ale przecież ten mój problem zniknie, kiedy ma się świadomość, że w roku 2135 sprawność mojego organizmu nie będzie miała najmniejszego znaczenia.

A co na to Bozia? Na apokalipsę. Jak On, Ona, Ono zareaguje na kompletną zagładę tego, co stworzył z takim trudem w siedem dni? To ci dopiero pytanie! Czy to, co do nas dotrze, aby spowodować zagładę jest jego tworem? Trudno się zorientować, bo Bozia nie odzywa się do swoich dzieci już od prawie dwóch tysięcy lat.

Wszystko przestaje być bardzo ważne w sytuacji, gdy za sto siedemnaście lat już nic nie będzie. Nie ma potrzeby pracy dla dobra przyszłych pokoleń, budowania społeczeństwa czy państwa, w którym będzie dobrze nie nam, lecz naszym dzieciom czy wnukom, bo przyszłość ograniczyła się do stu siedemnastu lat. Nie musimy się starać, bo przecież nie mamy już wpływu na to, co się stanie. To się stanie tak czy inaczej i się nie odstanie. Choć pewnie wielu powie teraz, że trzeba mieć nadzieje do końca, ale w tym przypadku nadzieja nas nie ocali. W sto kilkanaście lat nie spełnią się prorocze fantazje o ucieczce naszej cywilizacji do gwiazd. Nie będzie ocalenia.

Jakie znaczenie ma praca dla przyszłość, jeśli nas los jest przesądzony?  I z góry wiadomo, co będzie i kiedy to będzie. Może lepiej zająć się czymś, co sprawia radość? Bo przecież nie zostało nam tak dużo czasu i nie warto go marnować dla przyszłości, której nie będzie. To przecież tylko sto kilkanaście lat. Jeśli nie ma ocalenia, a ostateczny koniec nastąpi za sto siedemnaście lat to zasadne jest zadać sobie pytanie za klasykiem: „Ale czy warto? Może nie warto? Chyba nie warto… Raczej nie warto. Nie, nie – nie warto”. I zabrać się za coś, co jeszcze warto.

Chyba się napije. Poczytam Dostojewskiego. Posłucham muzyki… Może pospaceruje w deszczu?