Oszczędnością i pracą…
Wszyscy musimy oszczędzać. Fakt musimy. Już w szkole przymusowo zbierałem na książeczce oszczędnościowej, bo miało mnie to nauczyć właściwego gospodarowania pieniędzmi. I nawet coś tam uzbierałem, ale nie zobaczyłem tych pieniędzy, bo jeśli dobrze pamiętam, moją szkolną oszczędność zakończyła wielka afera finansowa, w którą zamieszana była jakaś nauczycielka(?). Tyle lat minęło. Nie bardzo pamiętam. Ale pamiętam, że tego, co tam skrupulatnie za namową dorosłych odkładałem z kieszonkowego i tak nie zobaczyłem i nie wydałem, bo gdzieś, w niewyjaśnionych okolicznościach przepadła moja fortuna. Miałem domową świnkę skarbonkę, ale też jakoś się na niej nie wzbogaciłem po jej unicestwieniu. Miałem książeczkę mieszkaniową, którą założyli mi dziadkowie zaraz po moim urodzeniu. Odkładali na niej bardzo skrupulatnie, co miesiąc nawet sporą sumkę pieniędzy. Mijały lata. Zmieniały się rządy. Następowały kolejne kryzysy gospodarcze tak charakterystyczne dla kraju nad Wisłą. Nawet zmienił się ustrój na taki, co to osobnikom gospodarnym i oszczędnym przynajmniej teoretycznie dawał możliwość spełnienia swoich marzeń o dobrobycie. I ja dostałem, z okazji osiągnięcia pełnoletniości książeczkę oszczędnościową. A na niej sumę, która stanowiła efekt wielu lat systematycznego ciułania grosza do grosza. Okazało się, że to, co tam moja rodzina uzbierała, zdewaluowało się tak znacznie, że nie tylko nie mogę sobie za to kupić mieszkania czy nawet samochodu małolitrażowego, ale nawet roweru. W końcu całą sumę pieniędzy przeznaczyłem na… buty. Nawet nie tak źle, jak na osiemnaście lat oszczędności.
Wyczytałem dziś w prasie, że nasz rząd zaczyna sprzedawać ośrodki szkoleniowo – wypoczynkowe. To działanie ma dać od jednego do dwóch miliardów złotych oszczędności rocznie. Pierwsze pod młotek pójdą warte cztery oraz ponad czternaście milionów złotych, nieruchomości w Karpaczu i pod Olsztynem. Czyli jak to mówią: oszczędzają bogaci i nam się też opłaci. I zapewne tak właśnie jest – w założeniu teoretycznym oczywiście. Może i ja bym tak zaoszczędził i przymierzył się do kupna tego, co stanowiło kiedyś własność narodu – znów teoretycznie – a teraz, jest tylko państwowe, a stanie się prywatne. Mam złe doświadczenia ze zbieraniem pieniędzy, ale może jednak? Kto nie chciałby zamieszkać zameczku z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego roku? Kto by nie chciał budzić się, co rano, w nieruchomości w stylu alpejskim, położonej w Karpaczu na Księżej Górze, na wysokości siedmiuset dwudziestu ośmiu metrów n.p.m.? Kto by nie chciał rozkoszować się świadomością, że poprzednim właścicielem willi byli ponad sto lat temu niemieccy baronowie Kurt i Agnes Pergler von Perglas? Kolejnym właścicielem nieruchomości w latach drugiej wojny światowej Hermann Göring. To też coś znaczy. Że nie wspomnę już o ziemi wokół rezydencji. Pięknie prawda? I to wszystko tylko, choć w moim przypadku, aż cztery miliony.
A jakby tak się spiąć. Jakby zacząć oszczędzać to może w przyszłości – oczywiście – byłoby mnie stać na takie zakupy? Obliczmy więc. Zarabiam przeciętnie, więc nie mogę dużo odłożyć na zakup nieruchomości. Ale gdybym zrezygnował z opłacania części comiesięcznych rachunków, stosując zasadę, że płacę tylko tym, którzy się najskuteczniej upominają, to może udałoby mi się coś wpłacić na konto. Jakby zrezygnował z jedzenia. Może ograniczyłbym też picie, oczywiście wody z kranu, bo na nic innego by mi nie starczyło. To może, powtarzam, może udałoby się nie wydać i odłożyć na poczet zakupu zameczka pięćset złotych miesięcznie. – To niebywała okazja – zachwala rzecznik resortu skarbu, który organizuje przetarg to wille. – Niecodziennie można kupić (…) byłą rezydencję Hermanna Göringa. Zgadzam się. Więc zakładając, że będę oszczędzał te pięć stów narażając się na głodowanie i życie w biedzie, to już za sześćset sześćdziesiąt sześć lat i dodatkowo jeszcze pół roku stanę się właścicielem posiadłości. To znaczy stałbym się właścicielem willi gdybym był biblijnym prorokiem, bo tylko oni byli tak długowieczni. Cieszyłbym się górską posiadłością w stylu alpejskim, gdybym zawarł ze skarbem państwa jakieś porozumienie, że sprzeda mi to za sześćset lat po dzisiejszej cenie. To i tak dobrze, bo przy takim oszczędzaniu na Aston Martina DB 9 zbierałbym znacznie dłużej. No nie, właśnie doczytałem, że termin przetargu na upływa na początku września. Czyli nic z mojego planu oszczędzania. Szkoda, tak na to liczyłem.
