Wielka gonitwa po posady

Obublikował pavvel dnia

Siedziałem na ławce w parku, co pewien czas spoglądając na drzwi wejściowe prowadzące do mojej firmy. Były one jeszcze zamknięte, bo nasze biuro otwiera swoje podwoje dla interesantów o godzinie ósmej, a na moim zegarku do tej właśnie godziny brakowało siedmiu minut. Czekałem na koleżankę, która posiadła zaufanie naszych wspólnych przełożonych do tego stopnia, że dostąpiła zaszczytu posiadania własnych kluczy do firmy. Nie żebym zazdrościł, ale zimą, gdy z niewiadomych przyczyn nagle nie ma na drodze korków i dojadę do pracy wcześniej, taka sytuacja bywa mecząca. Ale teraz jest piękna złota polska jesień, więc kilka minut oczekiwania na otwarcie drzwi firmy jest nawet przyjemnością. Siedziałam na ławeczce w parku, który jest akurat naprzeciwko biura i czytałem gazetę.  Choć w zasadzie lepszym określeniem będzie to, że gazetę przeglądałem. Sprawdzam, co tam ciekawego na rynku pracy. Czy przypadkiem nie ma ogłoszeń o pracę, w których zwarte są warunki, które spełniam. Nie żebym podlegał jakieś presji z tym związanej. Nie chcę zmieniać pracy, ale zawsze warto jest wiedzieć, co tam ciekawego oferują potencjalni pracodawcy. – Szukasz pracy- usłyszałem nagle głos mojego kolegi. Stał przede mną a ja nawet nie zauważyłem jak nadszedł, pochłonięty analizą anonsu, w który pewna firma oferowała atrakcyjną pracę w młodym zespole. – Nie, tak tylko czytam – odparłem. – Tak, to można… Oczywiście – usłyszałem od kolegi. – Lepiej poczekać do wyników wyborów – dodał. Spytałem mojego znajomego, dlaczego akurat wybory samorządowe w moim mieście powinny mieć wpływ na czyjąkolwiek decyzję o zmianie pracodawcy. I jak tylko wypowiedziałem to zdanie przypomniałem sobie, że mój kolega jest działaczem pewnej dużej partii politycznej. Czyli jednak coś jest na rzeczy. Ma coś jednak piernik do wiatraka, że tak powiem.

 

Jak tylko premier ogłosił, że wybory samorządowe odbędą się dwudziestego pierwszego listopada, a ich druga tura, w przypadku wyborów prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, piątego grudnia to od tego dnia rozpoczął się wielki wyścig o posady u największego w Polsce pracodawcy. – Startujesz na radnego? – Zapytałem kolegę.  – Jak się uda – odparł enigmatycznie. – Jak nie na radnego, to przecież można spróbować w urzędzie czy w miejskich spółkach – dodał. Ma rację. W listopadzie wybierzemy czterdzieści dziewięć tysięcy dwustu osiemdziesięciu ośmiu samorządowców. Nie żebym posiadał taką wiedzę. Sprawdziłem w internecie. Sporo, zważywszy, że to tylko ci, co pochodzą z wyborów. Dodać należy do tego tych wszystkich, którzy pracują w urzędach etatowo. Faktycznie – ogłoszenie o takim naborze na atrakcyjne posady – nie powinno być ogłoszone w jakiejś niszowej gazecie gdzie publikowane są rozporządzenia i ustawy, ale w gazecie traktującej o pracy. Tyle potencjalnie wolnych miejsc. I do tego, jaka władza. W rękach samorządowców znajdzie się do wydania w tym roku prawie dwieście miliardów złotych.  A i pensja u państwowego pracodawcy też raczej nie najgorsza, jeśli sama biurokratyczna machina pożarła w dwa tysiące dziewiątym roku ponad czternaście mld złotych. Jest o co walczyć. Choć w zasadzie nie ma możliwości zdobycia tej atrakcyjnej pracy bez poparcia którejś z partii politycznych opłacanych z naszych pieniędzy. Na początku trzeba, więc przejść staż w partyjnych dołach, aby zasłużyć na dobre miejsce, na listach wyborczych. A jak już wybiorą na radnego to mamy w swoim mieście nie tylko władzę polityczną, ale też możliwość decydowania o tym, co dzieje się z ogromnymi kwotami pieniędzy.

 

Nie należy zapominać, że to nie tylko wybrani samorządowcy znajdą nową atrakcyjną posadę. Przecież są jeszcze spółki miejskie, a tam zgodnie z zasadą zdobywania łupów wojennych, też nastąpi przetasowanie. Opowiadał mi kolega, zatrudniony w miejskiej spółce oczyszczania miasta, jako informatyk, że po ostatnich wyborach samorządowych nawet nie przepuszczał, że aż tylu ludzi z lokalnej polityki jest zapoznanych z zagadnieniami gospodarki odpadami. Jak tylko ogłoszono wybory okazało się, że trzeba wymieniać kadry menadżerskie. Tak jakby namaszczenie polityczne zwycięskiego ugrupowania dawało od razu pewność, że ta, a nie inna osoba jest zdolna do zarządzania miejską spółką. – Może się uda – powiedział kolega. – Pamiętasz Arkadiusza?, On na pewno zostanie radnym – dodał – może nam coś załatwi. Nie sądzę, bo z Arkiem nie było mi nigdy po drodze – tej politycznej. Ale niewątpliwie nastąpił początek wielkiego naboru kard do urzędów.