Śmieci do kosza na śmieci
Nie wszyscy w Polsce są takimi brudasami jak ta zgraja, którą było mi dane obserwować. Ale jest taka dość duża część naszego społeczeństwa, która nadal nie posiadła świadomości istnienia koszów na śmieci. Tam gdzie stoją tam wyrzucą to, co im już nie jest potrzebne. Jest w moim mieście osiedle mieszkaniowe zbudowane w czasach, w których wszystko, co budowano powinno być i było gigantyczne. I takie właśnie jest to blokowisko. W jego środku szalony architekt zaplanował, a budowlańcy postawili, stację benzynową, która nie wiedzieć, czemu w godzinach nocnych stanowi centrum nocnego życia najbliższej okolicy. Tak się jakoś zdarzyło, że i ja musiałem z prozaicznych przyczyn – braku benzyny w aucie – odwiedzić to nocne centrum osiedlowej kultury alternatywnej. Po zatankowaniu musiałem jeszcze dłuższą chwilę poczekać na parkingu przy stacji, bo towarzyszący mi kolega postanowił zakupić w sklepie przy stacji coś, co mu było właśnie w tej chwili niezbędne do życia. Tak to całkowity przypadek postawił mnie w centrum nocnego życia osiedla. I tam właśnie na skraju parkingu przylegającym do stacji odbywało się świętowania zwycięstwa. Zwycięstwa sportowego! Kilkanaście osób stało w kółeczku a obok nich na trawniku leżały sportowe torby. Skąd wiedziałem, że to sportowcy? To proste. Już w dwie minuty po tym jak stałem się ich przymusowym sąsiadem dowiedziałem się o wyniku ich sportowej walki. O tym, jakim to wielkim sukcesem zakończyły się rozgrywki w piłce kopanej. I wcale nie podsłuchiwałem. Oni o swych wielkich sukcesach informowali głośno i krzykliwie nie tylko mnie, ale i całą okolicę. Chłopy były wysportowane. Wspomagali się płynami wyskokowymi w puszkach i butelkach, więc głosy sportsmenów były donośne.
Stałem tak przyglądając się biesiadowaniu i słuchałem fascynujących opowieści o wielkich zmaganiach na boisku. Zastanawiałem się, dlaczego właściciele stacji benzynowej tolerują takie zachowania. Ale co tam. Ja tu jestem na chwilę i mogę to przeżyć. Nie żebym to aprobował, ale mogę wytrzymać. Pracownicy są tam znacznie dłużej – pracują tam przecież pewnie osiem godzin dziennie – więc jak im to nie przeszkadza to i mnie tym bardziej. Próbowałem ich ignorować. Zważywszy to, że przecież nie jest to najlepsze miejsce do świętowania sportowych tryumfów to spokój pracowników stacji jest naprawdę do pozazdroszczenia. No i tak stało to sportowe bractwo i łapczywie uzupełniało bilans płynów w organizmach. Łyczek z buteleczki i… Potem padało wiele słów o tym jak to bohatersko zachowywał się Marian oraz Krzyś podczas spotkania. A każde zdanie zaczynało się od mocnego akcentu słownego, czyli wyrazu na k… lub na ch… Wiadomo, mocni ludzie to i mocne słowa. Czas mijał a oni zmieniali butelki i puszki ze złocistym płynem na nowe i pełne. A jak już je opróżnili to puste opakowanie trafiało im pod nogi. Rosło im to śmieciowisko pod nogami, ale absolutnie panom to nie przeszkadzało. Jak już mieli dość, a płyn już przemieścił się z butelek i puszek do ich organizmów to zaczęli się wylewnie żegnać zbierając się do drogi. Oczywiście nikt z nich nawet nie spojrzał na to, co zostawili po biesiadowaniu.
Sam się sobie czasem dziwię, że jest we mnie tyle odwagi. Przecież miałem ich ignorować. Jestem niewielkich rozmiarów, a ci ludzie to spore chłopiska. Ale ja zawsze tak już mam, że nie mogę wytrzymać jak mnie coś wnerwi. Przekleństwo takie. – Panowie czy wy przypadkiem nie zapomnieliście czegoś? – Zapytałem. – Czego?! – Usłyszałem w odpowiedzi od jednego z Marianów usportowionych. I nie było to pytanie o konkretną rzecz, lecz o to, co sobie od nich życzę. – Nie posprzątacie po sobie? – Znów zapytałem. – Spier…, bo ci… – Usłyszałem, bo przecież, czego się mogłem spodziewać. Jeśli nie dotarło do ich mózgów to, że śmieci powinny trafić do pojemników na to przeznaczonych, to jak mogłem się spodziewać rzeczowej dyskusji na temat ekologii. – Sam se posprzątaj – zaproponował mi jeden z nich. Na co wszyscy jego towarzysze wybuchnęli radosnym śmiechem. Dowiedziałem się oczywiście, że jestem odmiennych skłonności seksualnych i że jak się nie zamknę to oni mnie… No wiadomo, co. I nawet jeden z nich postanowił ten plan wcielić w życie, bo ruszył w moim kierunku. Ale na moje szczęście mój dawno oczekiwany kolega, który jest dość słusznej postury pojawił się wyrażając dobitnie kolegom sportowcom, że chętnie im ich wątpliwości, co do mojej osoby wyjaśni. Mariany postanowiły oddalić się i z bezpiecznej odległości jeszcze mnie wyśmiali… i sobie poszli w siną dal. – Ale śmietnik zostawili – zauważył mój kolega. Tak, to prawda. Zostawili, bo pewnie nie dotarło do ich przetrenowanych umysłów, że śmietnik jest na śmieci, a nie trawniki. I nie można zostawiać butelek i puszek gdzie popadnie. Mam taki apel: Ludzie na miłość Boga! Sprzątajcie po sobie! Przecież na tej stacji benzynowej było dziesięć śmietników! A najbliższy nawet o dwa metry dalej od biesiadników. Nawet jak się włożyło całą energię na grę na boisku, to przecież nie jest to aż tak wielki wysiłek, aby to, co już nie jest potrzebne wyrzucić do kosza na odpadki. Tak w ramach treningu warto zrobić kilka kroków…
