Za bardzo się we mnie mieszają to, czego chciałbym, z tym mam i co mogę
Jaki sens ma dalsza walka z przeznaczeniem. Zmęczony bezsenną nocą, nie mam sił żeby wstać z łóżka o poranku. Prawie nie śpię. Nie mam gdzie uciec od koszmaru dnia, gdy sen nie nadchodzi. Mam dość życia w samotności poprzetykanej tylko znajomościami na chwile. Za długo żyje, by umrzeć młodo. Jestem za młody, żeby umrzeć siłami natury. Trwam w tym zawieszeniu między młodością i starością całkowicie pozbawiony celu w życiu i nadziei na zmiany.
Sprawiam tylko pozory stabilności. W duszy, we mnie, trwa nieustanna walka dobra ze złem. Walka na śmierć i życie. Straciłem już nadzieje, że cokolwiek się zmieni. Nie spodziewam się, że jutro przyniesie odmianę mojego losu. Nie mam już ochoty ani siły coś zmienić. Próbowałem i szukałem. Chciałem znów pokochać, polubić, mieć kogoś, do kogo mógłbym wracać i o kim myśleć. Zawsze kończyło się tak samo. Moje następne, obecne próby są tak żałosne, że nawet mnie jest za nie wstyd. Nie powinienem tego robić, bo to nawet mnie już nie przynosi żadnej radości, a wręcz przeciwnie powoduje tylko większy ból.
Nie powinienem nikogo ranić. Nie powinienem w nikim pokładać choćby krztyny nadziei. Nie mogę tak żyć. Nie umiem tego zmienić. Może za wiele chce? Może za dużo oczekuje. Za dużo wymagam? Chce tylko kogoś do kochania, ale widać to za dużo. Wiem jak wiele we mnie jest ograniczeń. Jak bez liku tego, co we mnie mieszka, przeszkadza w budowaniu wspólnej przyszłości. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek mógłbym coś zmienić. Choć nadal chce choćby na chwile. Bo te chwile są dla mnie nie najgorsze. Ale dobry będzie dla mnie tylko ktoś na stałe. A przynajmniej na dłużej.
Takie końce i ponowne początki są znośne, ale denerwujące. Ta powtarzalność ze złym zakończeniem, nie jest dla mnie dobra. Jest tym coś mnie jeszcze bardziej wciąga w otchłań. Wiem jak bardzo z tego pragnienia odrobiny szczecią buduje coś, co nie istnieje, i potem jak to się wali, bo przecież nie było trwałego fundamentu, winie tylko siebie. Nie może być przecież inaczej. Nie ma w tym winy nikogo więcej, jak tylko moja. To ja nie potrafię się dostosować, zmienić. Wpasować w tryb codziennego życia razem. Nie umiem spełnić pragnień o bezpieczeństwie. Nie umiem przez długi czas wytrzymać w aktywności.
Dodatkowo mam też dziwną tendencje dodawania czegoś od siebie do rzeczywistości. Literacko to dobrze. To nawet bardzo przydatna umiejętność. Ale w realnym, codziennym, życiu tak się nie da. Za bardzo się we mnie mieszają, to czego chciałbym, z tym mam i co mogę. Wychodzi z tego coś, co nawet nie przypomina stabilności. Nie wzbudza to ich zaufania. Może przez chwile fascynować, i tak jest, ale gdy chcą stabilności i bezpieczeństwa, to ja do tego nie pasuje. Nie wiem czy warto wciąż podejmować próby? Pewnie warto, choć ja coraz mniej widzę w tym nadzieje odmianę losu.
