Demokracja pieniądza

Obublikował pavvel dnia

Mam kłopot z demokracją. Ale nie z tą znaną ze słownikowej czy encyklopedycznej definicji. Ja mam kłopot z naszą demokracją w wersji upaństwowionej. Takiej opłacanej z budżetu. Takiej, gdzie w wyborach bierze udział tylko trzydzieści kilka procent uprawnionych do głosowania i to ci ludzi decydują, kto będzie nami władał. Demokracja to rządy ludu. To wie każdy. Ale czy nie jest to sytuacja, co najmniej dziwna, gdy lud nie bardzo chce rządzić?  Dlaczego nikt nie zadaje sobie pytania jak to się dzieje, że w Polsce frekwencja wyborcza nie przekracza pięćdziesięciu procent? Właściwie stale słyszę utyskiwania, że jest źle, ale jakoś tak nikt nie pali się do stwierdzenia, że wiarę w demokratyczne rządy w takim wydaniu, jakie mamy u nas, podziela tylko zdecydowana mniejszość.  W jednej z definicji demokracji znalazłem zdanie: źródło władzy stanowi wola większości obywateli. Ciekawe jak przyjąć sytuację, w której w moim mieście frekwencja w wyborach samorządowych najprawdopodobniej nie przekroczyła trzydziestu procent, ale i tak jest ona wyższa niż cztery lata temu, gdy w drugiej turze, ledwo przekroczyła dwadzieścia procent. Gdzie jest ta wola większości, jeśli tylko trzydzieści procent wybrało a ten, co został wybrany ma poparcie niewiele ponad sześćdziesięciu procent. Wola większości objawiła się raczej w tym, że wyborcy zostali w domu i nie głosowali. Jeśli siedemdziesiąt procent społeczeństwa mojego prowincjonalnego miasta nie widziało potrzeby uczestniczenia w tym obywatelskim przywileju i obowiązku – jak uwielbiają udział w wyborach nazywać media – to jest to raczej w pewnym sensie głosowanie przeciw. I naprawdę najwyższy czas zapytać tą zdecydowaną większość, dlaczego tak postępuje i czego chce. A widzę i słyszę, że dla tych ludzi politycy mają jedną odpowiedź: nie głosowaliście to teraz nie macie prawa nas krytykować.

 

Najważniejsze w wyborach jest to, że mamy kandydata, na którego zdecydowalibyśmy się ewentualnie oddać nasz głos. I raczej nie może to być tak, że głosujemy na tego, kto nam najbardziej odpowiada z tych, którzy nam w zupełności nie odpowiadają. Wielu z tych, co zostali w domach nie chciało wybierać między złym a jeszcze gorszym. Nie wierzę żeby coś wspólnego z demokracją miała zasada mniejszego zła w imię demokracji. Uważam, że jeśli nikt nie spełnia moich oczekiwań, ale zagłosuję, bo to jest obywatelski obowiązek, to nie jest to najlepsze rozwiązanie. W sejmie odbyła się kilka dni temu debata nad projektem platformy obywatelskiej w sprawie ograniczenia finansowania partii z budżetu. Była to chyba jedna z najbardziej burzliwych debat, jakie widział nasz parlament. Ale przecież nie ma się co dziwić. Przecież chodziło o pieniądze. Pieniądze na partie polityczne. A nie takie na przykład wydatki na szkolnictwo czy na opiekę zdrowotną. Ja popieram każdą inicjatywę, która prowadzi do rezygnacji przez polityków w tych trudnych czasach z ich przywileju sięgania po pieniądze z budżetu. Ale też nie miałem złudzeń jak się to wszystko zakończy. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Pewien poseł prawych i sprawiedliwych mówił, że jego zdaniem rozstrzygając o ewentualnym obniżeniu subwencji posłowie stoją przed decyzją, „czy partie będą finansowane przez społeczeństwo i jemu będą służyć, czy przez biznes, choćby hazardowy”. Ciekawy pogląd. Wygląda na to, że bez finansowania partii politycznych nie będzie w Polsce demokracji. Jak widać po wyborach pan poseł żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Jeśli jest tak dobrze to, dlaczego tak wielu wyborców zostało w domach? Jeśli tak dobrze finansowane z budżetu partie nie zdołały przekonać do siebie nawet połowy społeczeństwa to chyba to jednak źle wydane pieniądze. Mam taki pomysł. A może tak płacić za uczestnictwo w wyborach? To by się dopiero przyczyniło do rozwoju demokracji! Każdy po dwieście złotych za uczestnictwo w wyborach.  To dopiero byłaby prawdziwa demokracja. Jak płacimy za to żeby utrzymywać partie, to możemy też na podobnej zasadzie zacząć hodować wyborców? W końcu przecież od dawna wiadomo, że pieniądze są najważniejsze i bez nich nie ma prawdziwej demokracji.