Historia pewnego zwolnienia z pracy
Mój kolega został zwolniony z pracy w korporacji. Czyli stał się następną ofiarą światowego kryzysu, który dziesiątkuje miejsca pracy. Szczerze mówiąc mój kolega spodziewał się tego zwolnienia. Jego bezpośredni przełożony jakoś tak ostatnimi czasy bardziej się zainteresował jego losem i jego praca dla korporacji. Tak jak kiedyś nie mówił mu nawet dzień dobry, tak teraz zszedł z majestatu swojego kierownictwa i pochylił się z troską na osiągnięciami w pracy mojego kolegi.
Coś niewątpliwie wisiało w powietrzu. Coś jakoś tak elektryzowało atmosferę w prowincjonalnej filii wielkiej światowej korporacji, w której był jeszcze do niedawna zatrudniony mój znajomy. Ludzie rozmawiali ukradkiem o planowanych redukcjach. Kierownicy działów pisali coraz to dłuższe raporty o raportach. Ktoś podobno dowiedział się w Warszawie, w polskiej centrali korporacji, z dobrze poinformowanych źródeł, że w kadrach już powstały wielgachne analizy, z których wynikła niezgodność w cyferkach i słupkach. Jednym słowem wiadomo było, że będą zwalniać.
I stało się. Mój kolega został zwolniony. Przyszedł on niczego nie świadomy do pracy i jak zawsze zasiadł za biurkiem gdzie przemijało mu codzienne dziesięć lub dwanaście godzin pracy. Bo choć zatrudniony był na kolejną umowę o pracę tylko na etacie ośmiogodzinnym to przecież już na szkoleniu w centrali mówiono, że to tylko tak na papierze, że idzie się do domu jak jest wszystko zrobione, nie wcześniej. Jak zawsze nacisnął guziczki swojego wysłużonego laptopa z roku dwutysięcznego pierwszego, który pamiętał jeszcze początki korporacji w Polsce. Uruchomił windowsa 98 i jak zawsze chciał się zalogować… a tu pierwsza niespodzianka. Nie można wejść do sieci. Nie można się zalogować do wewnętrznego systemu informatycznego firmy.
To zdarzało się wcześniej, więc spokojnie udał się do informatyka korporacyjnego, który dziwnym trafem był w prowincjonalnym oddziale a nie w centrali warszawskiej i zapytał o przyczynę nie możności zalogowania. Informatyk jednak skierował go do kierownika, u którego jak widział przez szybe boksu był teraz ważny dyrektor w Warszawy. Więc czekał sobie spokojnie. Trochę tylko zdenerwowany, bo miał przecież wykonać kolejny ważny raport o raporcie z raportu z zeszłego tygodniowego raportu. Potem jeszcze dziesiątki odpowiedzi na maile, zapewne setka telefonów, kilka faksów. I jak nie zacznie zaraz to nawet te dwanaście godzin z ośmiogodzinnego dnia pracy mu nie starczą.
Naglę przybiegła pani Zosia z kadr powiadomiła mojego kolegę i innych pracowników korporacyjnego oddziału w prowincjonalnym mieście, że jest zebranie z bardzo ważnym dyrektorem z Warszawy. Więc znudzony poczłapał mój kolega na kolejny miting. A ten nie okazał się jednak nudną nasiadówka.
Pan dyrektor z centrali naświetlił sytuacje w korporacji. Powiedział, że co prawda korporacja wystawiła sobie właśnie nowa siedzibę w Warszawie. Że co prawda nie zauważyli analitycy korporacyjni jakiegoś tam znaczącego spadku przychodów ze sprzedaży, że wszyscy wykonali plany, ale jest kryzys i jak jest kryzys to są cięcia i trzeba redukować personel. Następnie nakreślił zadania i dodał, że te zadania mają zrealizować ci, co to maja niesamowite szczęście i nie zostaną zwolnieni. Co prawda w o połowę zmniejszony składzie i za mniejsze pieniądze, ale za to przecież powinni być oni korporacji wdzięczni, że nie wszystkich zwolniła a przecież mogła.
Następnie po tych złych wieściach mój kolega oraz inni pracownicy musieli wysłuchać opowieści o tym, że dyrektor z centrali wybiera się właśnie na wakacje swoim jachtem oraz gdzie to się on wybiera i jak długa i ciekawa będzie to podróż. Potem wakacyjnymi planami podzieliła się kadra zarządzająca niższego szczebla. Potem wspomniano coś o tym, że będą zmieniane w jego korporacji samochody służbowe. Ale że mieli je tylko menagerowie to nawet nie słuchał. Potem jeszcze wymiana grzeczności i dyrektor wyjechał.
Mój kolega chciał skierować się do biurka, ale przypomniał sobie, że przecież nie mógł się rano zalogować. I tu kierownik go wyręczył w tych rozterkach, kazał zostać na sali kilku osobom w tym i mojemu znajomemu a następnie powołując się na słowa dyrektora z Warszawy, te o redukcjach nie o wakacjach, wręczył im wypowiedzenia. Potem już tylko szybka wizyta przy biurku, na którym czekał kartonik na jego prywatne rzeczy oraz asysta strażnika. Pakowanie. Wizyta w kadrach. I już o dziesiątej mój znajomy mógł mi to wszystko opowiedzieć przez telefon siedząc w parku na ławce. I tak to jedni na wakacje prywatnym jachtem a drudzy na bezrobocie z kartonem. Cóż kapitalizm, a jak kapitalizm to i też kryzys z wydaniu kapitalistycznym.
