Kreatywność korporacyjna

Obublikował pavvel dnia

Pewnie wielokrotnie wam się zdarzyła w pracy taka sytuacja. Ktoś miał dla was przygotować, część zadania, którą potem sami mieliście wykorzystać we własnej pracy. I ten wasz współpracownik nie zrobił tego na czas lub zrobił tak, że to, co wykonał nadawało się tylko do umieszczenia jego pracy w okrągłym segregatorze. Bo ta robota dla was była wykonana niedbale i widać było, że zrobiono ją w dziesięć minut, choć osoba, która ją przegotowywała miała na to tak jak sama sobie przecież życzyła dwa tygodnie. Pewnie zdarza się to, co chwila i jest to zawsze tak, że czym większa firma to tym bardziej praca wzajemna miedzy współpracownikami się komplikuje. Jeśli do współpracownika mamy dwa biurka to przypilnujemy go i on przypilnuje nas, ale jak jest do niego sto pięćdziesiąt kilometrów to już jest trudniej. A właściwie w korporacji jest to nie możliwe. Tym bardziej, że nie możesz czasem przygotować czegoś sam, bo w korporacji jest zasada, że jak coś jest do zrobienia to, jeśli jest jakiś wyspecjalizowany dział od tego zrobienia to on to musi zrobić, choć tobie zajęłoby to pięć minut a im pięć tygodni. Taki podział pracy i usprawnienie korporacyjne.

 

W moim prowincjonalnym mieście jest lokalna redakcja jednej z wielkich gazet a w niej pracują ci, co dla tej gazety przynoszą pieniądze. I w tym wydawnictwie prasowym pracuje mój kolega. Jest jednym z ostatnich pracowników firmy, która w ramach oszczędności tak się zmniejszyła, że w zasadzie prawie znikła z mojego miasta.  Ale on trwa na posterunku i jeszcze przynosi nie mały dochód dla gazety sprzedając to, co w gazecie jest do sprzedania.

 

I właśnie wpadł do mnie wczoraj wieczornym mój znajomy cały w nerwach, choć w zasadzie to niespotykanie spokojny człowiek jest i od progu zaczął coś krzyczeć, o tym, że już ma dosyć tej swojej firmy, że ma dość korporacji, że ma dość ogólnie i że już chyba czas się z tą korporacją wydawniczą pożegnać definitywnie. Jak już się trochę uspokoił i cholera mu minęła to dowiedziałem się, że w zasadzie sprawa jest prosta i tradycyjna dla stosunków korporacyjnych.

 

Otóż ktoś z bardzo ważnego działu w centrali gazety, z działu o nazwie tak długiej i tak skomplikowanej, że … no nie ważne, miął przygotować dla mojego kolegi prezentacje. Mój kolega potrafiłby taką prezentacje zrobić sam i to w dziesięć minut, bo składać  się miała z kilku slajdów, ale nie, to okazało się nie możliwe w zależnościach korporacyjnych. Nie po to firma zatrudniła za wielgachne pieniądze kogoś w centrali by teraz jakoś chłopina z prowincji odbierał mu prace. Prezentacje ma przygotowywać dział do tego powołany przez szefów i nikt inny.

 

I tu zaczęły się schody. Geniusze z centrali zażądali na to bardzo skomplikowane zadanie trzech tygodni. Mój kolega musiał na ich życzenia przygotować dokładne notki o tym, co to ma się znaleźć w tej prezentacji, zbierać mnóstwo danych, o których on wiedział, ale przecież nie ci pracownicy z ważnego działu w jeszcze ważniejszej centrali korporacji, potem fotografie, linki do stron, streszczenia artykułów, dodatkowe informacje o oczekiwaniach swoich i klienta, dla którego mała być zrobiona zamówiona prezentacja. Słowem tony dokumentów wysłał mój kolega i poświecił, na co mnóstwo czasu.

 

Po czterech tygodniach i po kilkunastu ponagleniach ze strony mojego kolegi dział przesłał prezentacje. Potem mój znajomy dostał prawie zawału, wydzierał się przez godzinę na wszystkich swoich przełożonych a ma ich sporo, potem wpadł jak burza do mnie i ja teraz mogłem zobaczyć to dzieło pracowników wielkomiejskiej centrali korporacji.

 

Było to coś przedziwnego, nie chodzi o to, że wykonano to tak jakby to robił ktoś, kto ma osiem lat i bawi się po raz pierwszy programami graficznymi. Ale ta prostota wykonania wskazywała ze ktoś zrobił to w jakieś dziesięć minut i do tego na pewno nie czytał tej tony dokumentów wymaganych przecież do produkcji tego dzieła. Przyznałem koledze racje w jego gniewie, to ciekawe, że człowiek musiał mysleć cztery tygodnie i wymyślić coś, co składało się z tekstu i nałożonego na niego zdjęcia złej, jakości wyciętego pospiesznie z folderu reklamowego nierówno nożyczkami. Dodatkowo ułożonego tak, że częściowo zasłaniał sam tekst czyniąc go nieczytelnym.

 

A teraz najważniejsza informacja. Dział ten w korporacji wydawniczej nazywał się działem kreatywnym. Więc wszystko jasne. I czego się tu denerwować? I znów musiałeś wyjaśniać mojemu koledze przy wódeczce, że w korporacjach nie ma zdrowego rozsądku i jak się chce tam pracować to trzeba przywyknąć.