Święto chwały i refleksji
Piętnasty sierpnia to dla większości Polaków data szczególna i w swej odświętności oczywista. Na dzień ten przypada jedno z najważniejszych świąt kościoła rzymsko – katolickiego w Polsce oraz jest to dzień kolejnej rocznicy bitwy warszawskiej z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. W tradycji narodowej data ta stała się świętem wojska polskiego. Ale na połowę sierpnia przypada też, dwieście czterdziesta rocznica urodzin cesarza francuzów napoleona Bonaparte.
Jak widać ten jeden sierpniowy dzień był bardzo znaczący dla historii Polski i Europy. Mnie jednak przyszło na myśl inne skojarzenie związane z tą tak świętami obleganą datą. Dotyczy ono właśnie cesarza Francuzów oraz wojska polskiego. Nikt nie zaneguje oczywistych związków Bonapartego z polską wojskowością. Możemy się o tym przekonać podczas każdej prawie uroczystej parady wojskowej, oglądając żołnierzy w strojach wojsk polskich z okresu wojen napoleońskich.
Jednak niewielu pamięta, że po bohaterskich czynach u boku cesarza polscy żołnierze zostali przez Bonaparte wysłani w tysiąc osiemset trzecim roku na wyspę Haiti wówczas zwaną Santo Domingo będącą kolonią francuską. Sześciotysięczny legion Dąbrowskiego brał wówczas udział w walkach, których celem było poskromienia buntu Mulatów i Murzynów pod wodzą Toussaint-Lavontoure’a przeciwko restytucji niewolnictwa. Polacy z Legionów Polskich znaleźli się w zupełnie obcym dla siebie środowisku. Ciężkie dla Europejczyków warunki klimatyczne, żółta febra i walki zdziesiątkowały interwentów i zmusiły ich do rychłej kapitulacji. Podobno nie była to nawet wojna, choć faktycznie nią była. W założeniach Bonapartego miała to być szybka interwencja policyjna, mająca na celu zapewnienie spokoju i ładu w tej zamorskiej francuskiej kolonii.
Zostali oni wplątani rozkazem w wojnę, przez dowódców, polityków i cesarza. W wojnę, która ich nie dotyczyła, w której nie mieli ochoty walczyć i ginąć i w której słuszność wątpili. A na dodatek zdawali sobie sprawę, że takiej walki nie można wygrać. Nie mogli się pogodzić z rolą okupanta dławiącego opór niewolników. Część z nich zaczęła sympatyzować ze sprawą Haitańczyków oraz masowo dezerterować do armii czarnego generała Toussaint-Lavontoure’a.
Co ma to wspólnego ze współczesnością? No może niewiele gdyby nie to dziwne moje przeświadczenie, że podobnie jest teraz z naszą interwencją zbrojną w Afganistanie. Tam też od siedmiu lat giną polscy żołnierze wplątani w wojnę przez polityków. Biorą udział w wojnie nigdy niewypowiedzianej, na obcej ziemi tysiące kilometrów od polskiej granicy. Wykonują rozkazy najlepiej jak potrafią i za to należy im się szacunek. Ale też należy zadać głośno pytanie, po co ponoszą najwyższą ofiarę. Po co od siedmiu lat okupujemy Afganistan biorąc udział w wojnie, której nawet politycy nie mają odwagi nadal nazywać misją stabilizacyjną. Po co ta wojna? Dla prestiżu polskiego państwa na świecie? Dla zobowiązań, które ktoś kiedyś podpisał? Dlatego, że nie ma nikt pomysłu jak to zakończyć? Pomijam już fakt, że na to wszystko nas, jako państwa po prostu ekonomicznie nie stać? Może najwyższy czas to zakończyć z godnością, abyśmy nie musieli kiedyś tej polskiej misji w Afganistanie wspominać tak, jak wspominamy udział Polaków w walkach na Haiti.
