Woda to czy wódka, oto jest pytanie…

Obublikował pavvel dnia

Panie!, Coś mi Pan tu sprzedał wodę! Jakbym, chciał kupić sobie wodę to bym o te wodę poprosił! – takie słowa skierowane do sprzedawcy usłyszałem w jednym ze sklepów z alkoholem. A wykrzykiwał je Pan, który wyglądał na potrzebującego wsparcia alkoholowego, natychmiast. Nie znam do końca historii tej reklamacji, bo obsługująca mnie ekspedientka nagle przyspieszyła swoje czynności w wydawaniu mi reszty i po trzykrotnym: Dziękuje Panu! -wprosiła mnie ze sklepu. Ale zastanowiło mnie jedno czy w butelce z wódeczką, którą dzierżył w dłoniach zdenerwowany klient sklepu monopolowego na pewno była woda czy jednak alkohol? A jeśli tak to czy to, co ja nabyłem w tym sklepie to na pewno jest to, o czym informuje etykieta?

 

Pan, który awanturował się w sklepie trzeba przyznać od razu, nie wyglądał na takiego, który mógłby pomylić wodę z wódką. Więc mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Postanowiłem poczekać na Pana i zobaczyć jak zakończy się reklamacyjna awantura. Niestety miałem tylko obraz bez fonii, bo właściciel zamknął sklep zaraz po moim wyjściu i miałem tylko możliwość dyskretnej obserwacji zza szyby.

 

A tam trwało wielkie machanie rękoma, wygrażanie pięściami, gesty świadczące o rozpaczy i o tym, że nikt nie jest winny. W końcu klient awanturujący się opuścił sklep z nową butelką i do mnie, jako do świadka tej dramatycznej sceny rzekł: Starego pijaka chcieli oszukać! Co ja jestem zwierze żeby wodę pić! A ja miałem nadal wątpliwości czy to, co ja mam w swojej nowo nabytej butelce na pewno w stu procentach jest tym, za co powinno uchodzić sadząc po etykiecie i po cenie. Przecież ze mnie żaden tam pijak – znawca to, że czasami chce mi się rozłączyć z rzeczywistością za pomocą alkoholu nie czyni ze mnie jeszcze takiego eksperta żebym zaraz miał poznać czy to produkt potrójnie destylacji czy raczej woda ze spirytusem za wschodniej granicy. Bo jak pokazał przykład pokrzywdzonego Pana nie zawsze to, że kupujemy w sklepie i za spore pieniądze daje gwarancje autentyczności.

 

Co wiec możemy zrobić?  Przecież nie otworzymy w sklepie butelki z alkoholem i nie skosztujemy na miejscu, bo przecież w sklepie nie można. Noszenie przy sobie zestawu młodego chemika z alkoholomierzem też jakoś tak nie bardzo. W badanie organoleptyczne autentyczności akcyzy też nie ma, co liczyć. A jak w domu otworze butelkę z wódeczką a okaże się ona tylko słabym koktajlem wodnym z niewielką zawartością spirytusu to, co mam zrobić?

 

Tak wiem, najlepiej nie pić wcale, tak będzie zdrowiej. Ale jak już Państwo Polskie obłożyło niemałą akcyza to, co by w chwilach szczęścia lub nieszczęścia spożyć mamy to wolałby żeby to było zawsze to, co kupuje a nie podróbka. Bo tak to nie tylko mnie się odszukuje, ale nas wszystkich… polaków.

 

A najważniejsze, że nie można tego oszustwa w żaden sposób udowodnić. Bo przecież jak udowodnić właścicielowi sklepu, że to nie ja jestem oszustem, który po skonsumowaniu w domu połowy butelki wódki dolał do niej wody i teraz staram się wyłudzić kolejna? Tylko dobra wola właścicieli sklepu może ich skłonić do wymiany towaru. Można zawiadomić inspekcje handlową o fakcie zakupu towaru, który wzbudził nasze zastrzeżenia, co do oryginalności. Ale czy po otwarciu butelki znów nie stajemy przed faktem udowadniania, że nie jest się wielbłądem.

 

Sytuacja jest bez wyjścia, bo podróbka mogła zaistnieć w śród legalnych butelek już na etapie produkcji, mogła dołączyć do legalnych butelek w hurtowni, mogła też być podrzucona w sklepie przez nieuczciwą konkurencje. Pozostaje tylko apel do oszustów. Nie podrabiajcie przynajmniej wódki. Bo gdy będziecie w potrzebie może się i wam zdarzyć picie wody zamiast wódeczki.